Lechici Zielonka
KLUB LECHITÓW
Lechici Zielonka


Linki
Bieganie
KB Gymnasion
maratonczyk.pl
Maratony Polskie
OTK Rzeźnik
więcej ...
 

510828

« Relacje ^
Wspomnienia z V Biegu Rzeźnika 2008
 Konradowi,
w podziękowaniu za Wszystko

Nie umiem wspominać tego biegu inaczej, niż przez porównanie do tego, co zrobiliśmy z Konradem Różyckim w Bieszczadach rok wcześniej. Nie umiem. W roku 2007 wzięłam udział w IV Biegu Rzeźnika tylko dzięki namowom Konrada, który zaprosił mnie do swojej drużyny i był cały czas święcie przekonany o tym, że dam radę przebiec ten dystans (76km po górach). I miał rację. Wówczas na mecie pojawiło się marzenie, aby pokonać także dodatkowy hard-core´owy odcinek z Ustrzyk do Wołosatego, ale Konrad mi odradził. Z perspektywy czasu i pokonania go w 2008 roku przyznaję mu rację - dużą, wielką, ogromną RACJĘ. W roku 2007 było upalnie, nogi miałam bardziej umęczone, a stopy zmasakrowane. Być może i dodatkowy odcinek udałoby się jakoś pokonać, ale koszt byłby ogromny. Bez sensu. Biegamy przecież dla przyjemności, a nie po to, aby się umordować. A szczęścia, wzruszenia i dumy na mecie i tak miałam pod dostatkiem.

Marzyłam o wydłużonym Biegu Rzeźnika, a zima była dla mnie łaskawa, bo łagodna, więc bez przerwy mogłam biegać i jeździć na łyżwach. Udało mi się także poćwiczyć trochę ze znajomymi na słynnej warszawskiej hali Siennicka, co było miłym urozmaiceniem i ubogaceniem dotychczasowego treningu i być może to także przyczyniło się do poprawienia wyników w biegach górskich w Falenicy. Żałowałam, że doba nie ma przynajmniej godziny dodatkowej, którą z chęcią wykorzystałabym na jogę lub basen.

Pewnego razu na Siennickiej zagajam Konrada o Rzeźnika 2008. Wydawało mi się naturalne, że pobiegniemy razem. Tymczasem szok - Konrad planuje w tym sezonie Lajkonika, czyli bieg 24-godzinny, a termin Rzeźnika jest zbyt blisko, aby ryzykować te dwa starty. Konrad proponuje mi bieg z jakąś dziewczyną. Z dziewczyną? Pozagryzamy się na trasie. Chyba, żeby to była Ela albo Ania, ale Ela nie może ze względu na kolana, a Ania bardzo się boi i już zdaje się, że ma partnera z klubu. Rozpaczliwie szukam rozwiązania. Rozważam różne scenariusze. Bez Konrada w Bieszczady nie jadę. Szczęście mi sprzyja, bo okazuje się, że termin Rzeźnika zostaje przesunięty o tydzień do przodu, a trener Darek Sidor nie zabrania Konradowi pobiec w Bieszczadach - ba! nawet zaleca zrobienie także hard-core´a. Rewelacja! Mamy już drużynę! Dobry, kochany, sprawdzony partner, dla którego moje słabości nie są tajemnicą.

Od tego czasu każde z nas realizuje swoje treningi i dopiero na kilkanaście dni przed biegiem wymieniamy się wiadomościami. Ja informuję, że czuję się lepiej przygotowana niż rok temu, a Konrad opisuje mi swoje przygotowania do biegu dobowego, czym zupełnie mnie uspokaja, bo czuć po tym, że jest w świetnej formie. Z wielką pomocą rusza do akcji moja mama - obiecuje zaopiekować się moimi dziećmi podczas tego weekendu, a dodatkowo namówiła mojego tatę, aby pojechał z nami - ma służyć nam jako transport i przy okazji dobrze się bawić. Na wieść o wolnych miejscach w aucie natychmiast reaguje Bartek, syn Konrada, który decyduje się jechać z nami. Wysyłam do Konrada mejla z listą rzeczy, które zabieram ze sobą z prośbą o dopisanie uwag lub dodanie czegoś, o czym zapomniałam. Nic nie dopisuje, tylko pyta po co mi kijki i śpiwór. A tak, żeby mieć. Niech sobie leżą na wszelki wypadek w aucie. Nigdy nic nie wiadomo.

Ruszamy z Warszawy w piątek o godz. 11. Przebijamy się przez korki. W drodze pytam Konrada, czy pakując się korzystał z mojej listy. "Nie, ale i tak mam poczucie, ze czegoś zapomniałem". "No wiesz, nie chodzi mi o to, czy zabrałeś ze sobą dwie sztuki b..." - zacięłam się - nie zabrałam biustonoszy! Żadnego. Tylko to co mam na sobie. Jasny gwint!

Jedziemy, długo jedziemy. Trochę się gubimy, zmieniamy trasę, ale nie nadkładamy za bardzo drogi, choć jedziemy okrężnie. Po drodze nie udaje nam się wypatrzeć porządnej karczmy, dlatego obiad jemy na stacji benzynowej. Tacie smakuje, ale my nie jesteśmy zachwyceni. Ja po cichu liczę jeszcze na makaron na pasta-party. Dojeżdżamy do Woli Michowej, gdy już trwa odprawa. Akurat Mirek skończył mówić o zmianach na trasie - dlatego o szczegóły dopytuję znajomych. Dowiaduję się, że aby iść na dodatkowy odcinek hard-core trzeba dotrzeć do Ustrzyk do godz. 16.00 - to w praktyce oznacza, że jeśli chcemy tam iść, to musimy pokonać dłuższą drogę w podobnym jak rok temu czasie. To mnie niepokoi. Potem długa kolejka do rejestracji, długa do odebrania kluczy do pokoju. W końcu udaje się wszystkie formalności załatwić - nasza drużyna 4C# ma nr 3, a w pokoju jesteśmy jeszcze z dwoma debiutującymi chłopakami. Zarówno ja jak i Konrad wybieramy dolne łóżka na piętrówkach, co dopiero nazajutrz okazuje się naprawdę dobrą decyzją. Makaron na pasta-party niezbyt smaczny, ale smak jest mi już obojętny. Dopycham ptasim mleczkiem, którym częstują organizatorzy. Zaczynam się naprawdę denerwować. Przed nami jeszcze kupa roboty - rozrabianie izotonika (9 litrów), pakowanie worków na przepaki, szykowanie ubrania, termosów, napojów i jedzenia "na rano". Dochodzi godz. 23. Teraz tylko szybka kąpiel, budzik nastawiony na godz. 2.30 i do łóżka.

Nie mogę zasnąć. Wszyscy dookoła już oddychają spokojnie, miarowo, nawet delikatnie pochrapują, a ja leżę i nic. Ciagle myślę o tym, czy na pewno wszystko mam przygotowane, czy o czymś nie zapomniałam. Przebiegam myślami po trasie, po sobie. Chyba wszystko co najważnejsze jest gotowe, z jakimiś brakującymi błahostkami jakoś sobie poradzę. Wiem, że nie zasnę roztrząsając całą noc sprawę ekwipunku, więc sama siebie przekonuję, że wszystko jest OK, staram się rozluźnić. Rozluźniam. Ale sen nie przychodzi. Co jakiś czas zerkam na zegarek. Chcę, aby już można było wstawać. Mija północ. Trochę się kręcę. Chyba jednak przysypiam na chwilę, bo kolejny raz spoglądam na zegarek i jest już prawie wpół do drugiej. Wstaję do toalety. Na korytarzu spotykam Wasyla, który z uśmiechem oznajmia: "Leje!". Tego się obawiałam. Patrzę przez okno - rzeczywiście pada i widzę nawet błyski piorunów. Zaczynam się bać. Piszę rozpaczliwego SMSa do Eli, mając nadzieję, że przeczyta dopiero rano. Jaka jestem zaskoczona i zawstydzona, gdy po paru chwilach przychodzi odpowiedź. Jejku, nie chciałam jej obudzić. Potem dopiero dowiem się od niej, że nie obudziłam - chwilę wcześniej sama wstała i przez przypadek usłyszała sygnał telefonu i dlatego natychmiast odpisała. Jak mi to było potrzebne! - kilka ciepłych, wspierających słów do przyjaciółki, od kogoś, kto we mnie wierzy i dobrze mi życzy. I jak tu nie wierzyć w telepatię?

Nareszcie zaczyna się na korytarzu ruch i gwar. W końcu i do naszego pokoju zawitał Wasyl ze śpiewem na ustach i głośną wiadomością, że trzeba wstać. Akurat mój Tato i Bartek mogli jeszcze pospać, bo ruszają na przepak w Smereku dopiero za parę godzin. Szykujemy się sprawnie. Kilkanaście minut i wychodzimy na dwór - nie pada. Do autobusu się nie mieścimy, ale zaraz ma przyjechać następny. Jednak zabiera nas Kuba swoim autem. Cały czas dopycham się jeszcze rogalikiem i piwem karmelowym. Na miejscu jak zwykle - bębny, masa ludzi, jakieś przedstartowe fotki, ostatnie sikanie przed biegiem.

Sygnał do startu, ruszamy. Na początku spokojnie, powoli, szybsze zbiegi, a właściwie na razie szybsze zbieżki. Po chwili robi mi się w kurtce ciepło, więc zdejmuję i wieszam na biodrach. To bardzo ważne, żeby dobrze rozłożyć masę, bo w kieszeniach mam poupychane batoniki, żel oraz chustkę i czapkę. Nie może mi nic dyndać, przeszkadzać. Konrad też się rozbiera w biegu, ale nawet na chwilę nie daje mi potrzymać camel-baga. Droga wydaje mi się znajoma, jakoś szybko docieramy do Duszatyna, a stamtąd zaczyna się atrakcyjnie - droga jest błotnista. Momentami idziemy gęsiego jakąś wąską ususzoną ścieżką czy po pniu drzewa. Ale buciory i tak nabrały błota, zresztą inne części ciała również. W pewnym momencie Konrad schodzi z drogi w las, tam gdzie faktycznie prowadzi czerwony szlak i woła mnie do siebie. Trudno, idę. Parę osób z nami walczy z krzaczorami, reszta jednak dołem walczy z błotem. W końcu nasze drogi się spotykają. Konrad mnie przeprasza. Nie ma za co, było fajnie. Zaczynamy się już lekko wspinać. Nadal jednak trzeba głównie gęsiego. Widzę koło nas znajomych. Dochodzimy do Jeziorek Duszatyńskich - właściwie tak skupieni byliśmy na ścieżce, że o mało ich nie minęliśmy bez kontaktu wzrokowego. Ale ja pamiętam to miejsce z ubiegłego roku, więc wiem, kiedy należy na nie łypnąć okiem. Mam tu nawet fotki zrobione rok temu przez Konrada. Zaczyna się pierwsze poważniejsze podejście - pod Chryszczatą. Potem lekko się wypłaszcza, więc na ścieżce robi się luźniej - nareszcie. Naprawdę zaczynam z przyjemnością biec, gdy nie depczę wciąż komuś po piętach - swoje tempo, swój rytm. A Konrad się dostosowuje, właściwie biegnie przy mnie lub za mną jak cień. Ścieżka wydaje mi się dziwnie znajoma. Nagle znajoma wydaje mi się postać kierująca na nas oko swojego aparatu fotograficznego - to Wasyl! Ja cudnie! Gdzie on się tu wspiął? Uśmiechamy się. Jeśli jest Wasyl, to za chwilę będzie pierwszy przepak. Jeszcze kolejny aparat fotograficzny - tym razem Małgosia. Jak miło! Lekko w dół i jest - Przełęcz Żebrak.

Na pierwszym przepaku witają nas organizatorzy - Mirek i Jarek. Zgłaszam dotarcie drużyny nr 3, rzucam się na kubki z napojem izotonicznym. Rozglądam się, widzę wokół znajomych, wymieniamy ze sobą kilka słów i już się odmeldowujemy. Ruszamy na nasz drugi etap.

Chwila pod górę - zaczynam jeść. Konrad nie zabrał ze sobą rozpiski z międzyczasami z poprzedniego biegu, ale ja pamiętam nasz poprzedni czas międzyczas z Żebraka. Jesteśmy o 3 minuty do przodu. Niby jest lepiej, ale dla siebie zachowuję wspomnienie, że wtedy mieliśmy przerwę na sikanie przed pierwszym przepakiem, a teraz trzeba będzie zrobić za. Pytam Konrada, czy dobrze usłyszałam na Żebraku, to co usłyszałam. Potwierdza - przed nami nie ma żadnej kobiety. W tej kwestii rozumiemy się bez słów. Wiem, że od tej pory będzie mi tym wiercił dziurę w brzuchu i przypominał przy każdej chwili słabości. Ale za wcześnie, aby się z tego cieszyć - przed nami jeszcze tyle kilometrów, wszystko się jeszcze może wydarzyć. Doganiamy zaprzyjaźnioną drużynę Dziady Kabackie. Właściwie Kubę minęłam zupełnie go nie poznając od tyłu, ale Przemek akurat się odwrócił. Pytam jaki mają numer drużyny, bo nie widzę przypiętych kartek. "91"- odpowiada Przemek. "Aha - to ni przypiął, ni przyłatał" - komentuję. "W istocie!"- kwituje Przemek wyciągając z kieszeni złożoną we czworo kartkę. Śmiejemy się i ruszamy dalej żwawiej proponując Przemkowi, żeby na razie forsował tempa, bo wydaje się, że jest za ostro dla Kuby, który został trochę z tyłu. Tu biegnie się zupełnie fantastycznie. Jest naprawdę luźno. Można spokojnie zrobić przerwę na sikanie bez potrzeby zbytniego oddalania się ze ścieżki. Droga faluje, my zmieniamy tempo - w górę podchodzimy, na płaskim i w dół zbiegamy, wciąż jesteśmy w lesie. Nagle zaczyna się ostry zbieg w dół - już wiemy, że pewnie zbliżamy się do końca odcinka. A utwierdzamy się w tym, gdy widzimy wyciąg narciarski. W tym roku zbiega się trochę łatwiej, bo nie jest tak ślisko jak poprzednio, ale nachylenie zbocza jednak się nie zmieniło. Ja sfruwam w dół z okrzykiem radości. Zupełnie nie wiem dlaczego akurat teraz, ale właśnie napłynęła na mnie jakaś niesamowita fala optymizmu, szczęścia. Być może winę ponosi za to słońce, które się wychyliło zza mglistych chmur. Nagle orientuję się, że zbiegając musiała mi wypaść z ręki niebieska chustka, którą pożyczyłam od córki. Moment zawahania - cofać się po nią czy nie? Ale ponieważ nie wiem tak dokładnie, kiedy mi mogła wypaść, a wzrok Konrada nakazuje mi zbagatelizować tę stratę, więc lecimy dalej. Już mijamy jakieś domy, wbiegamy na wyasfaltowaną drogę (jestem pewna, że w ubiegłym roku była to droga szutrowa), a naprzeciw nam jedzie uśmiechnięty Wasyl na quadzie, strzela fotki, więc chwytamy się za ręce, tak jak zrobiliśmy to w tym samym miejscu rok temu. Jeszcze tylko kilka słów prośby do Wasyla - gdyby zobaczył tę moją zgubę, to proszę, aby zabrał. Biegniemy, mijamy miejsce, gdzie rok temu był drugi przepak - wiemy, że teraz jest trochę dalej.

W końcu docieramy do Cisnej. Akurat Mirek wyjeżdża autem, ale na nasz widok zatrzymuje się i żartuje, że może nas zabrać, będziemy szybciej. Witamy się z obsługą punktu, gdzie króluje Kuba - ja rzucam się od razu na ptasie mleczko, napoje izotoniczne i wodę. Wokół paparazzi pstrykają fotki, więc proszę ich, aby na chwilę przestali, bo chcę zmienić koszulkę i nie mam zamiaru reklamować niebiegowej bielizny. Obmywam twarz wodą, biorę jakieś batony energetyczne, banana z własnego worka. Konrad już uporał się z uzupełnieniem izotonika w camel-bagu, więc dziękujemy obsłudze punktu w Cisnej i żegnamy się. Lecimy dalej.

Znamy tę drogę, więc nie musimy błądzić, choć łatwo tu stracić szlak, gdy jest się pierwszy raz. Tory, za torami w las, potem przez drogę, tu spotykamy drużynę z Rzeszowa. Chyba mam jakieś omamy wzrokowe, bo czytam na głos napis na ich koszulce i pytam co za aromaty reklamują. "To Agroma, a nie Aroma" - poprawiają mnie rzeszowianie - "ciągniki i traktory". "Ech, przydałby się teraz jakiś dobry ciągnik" - kwituję, bo zaczyna się strome podejście pod Małe Jasło. A zatem rozmowa się rozmywa w ciężkich oddechach. Suniemy ciężko, po jakimś czasie wyciągam batonika, którego zabrałam z Cisnej, dzielę się z Konradem i zaczynamy żuć. Smak jabłkowo-cynamonowy. Konrad mówi, że przypomina mu świąteczny piernik, ja - że szarlotkę z cynamonem i kruszonką. Wspomnienie domowych wypieków ogrzewa nam serca a zarazem odrywa myśli od wysiłku i zmęczenia, które czujemy. Wychodzimy na małą połoninkę. Pamiętam, jak rok temu w tym miejscu wykrzyknęłam z radości wychodząc w końcu z lasu i widząc pasma gór przed sobą. Teraz nic nie widać, bo jesteśmy w chmurach. Doganiamy jakąś grupkę chłopaków. Tu trasa jest pofalowana, wbiegamy i zbiegamy, więc mijamy się z nimi - na podbiegach idę wolno, więc chłopcy mnie wyprzedzają, na zbiegach ja spadam w dół szybciej, więc wychodzę na prowadzenie. Mgły przelewają się przez małe przełęcze, tworzy to niesamowity klimat. W końcu chmury lekko się rozstępują, więc oglądam się za siebie i namawiam innych, żeby popatrzyli jak pięknie. Chłopcy idą gęsiego po górkę, a ponieważ każdy w innym stroju to tworzą kolorowy korowód. Zbliżamy się do okrągłej góry, więc myślimy, że to już Okrąglik, gdzie jest granica polsko-słowacka. Ale nie, to jeszcze nie to. Jakaś kopuła z drogowskazem, że do Okrąglika jeszcze 3/4 godziny. Biegniemy zatem dalej. Ale jakoś szybko docieramy do tego miejsca, gdzie rok temu robiliśmy sobie z Konradem fotki i rozglądaliśmy się za właściwą drogą - w tym miejscu jest także drugi czerwony szlak, który prowadzi na słowacką stronę - trzeba uważać. My nie musimy, wiemy gdzie biec, więc tym razem bez zatrzymywania lecimy w dół. Tak jak rok wcześniej w tym samym miejscu stoi GOPRowiec - pozdrawiamy się i lecimy dalej wraz z całą grupką "kolorowych gąsek". Znów tak samo - trochę w górę, trochę w dół, z tym, że teraz na ścieżce więcej błota i musimy to jakoś omijać. W końcu droga robi się bardzo błotnista i prowadzi ostro w dół. Wybiegamy na bok, w jakieś chaszcze i spadamy. Spadamy, spadamy, spadamy. Mijają nas turyści, których do tej pory nie widzieliśmy - no tak, wszak dopiero zaczyna się dzień, jest dopiero przed godz. 11. Dobiegamy do drogi. Widzę, że Konrad się waha patrząc w prawo, ale ja bez zatrzymania lecę w lewo. Znów z grupką chłopaków docieramy do miejsca, gdzie czerwony szlak skręca w prawo przez las, ale oznakowania "Bieg Rzeźnika" są bardzo wyraźne i my też wiemy z mapki, że mamy teraz biec drogą. Na razie jest fajnie, nogi po stromym zbiegu trochę odpoczywają w truchcie, mokra koszulka schnie na słońcu, można się spokojnie napić. Jeden zakręt, drugi, trzeci... Oj, trochę się ta droga długo ciągnie. Zza każdego zakrętu wyglądam, czy to już jej koniec, czy jeszcze... Mijamy polankę, skręcając w prawo. Słońce już mocno daje się we znaki. Muszę przejść do marszu. Widzę, że towarzyszący nam chłopcy przyjmują to ochoczo i też maszerują. Jestem znużona, ale droga prowadzi w dół, więc znów podrywam się do truchtu. Chłopcy również się mobilizują. Trochę się chwilami mijamy, ale zaczynamy czuć zmęczenie i przerwy na marsz wydają się koniecznością. Już sama nie wiem jak oderwać się od monotonii tej drogi - na zmianę zakładam i zdejmuje czapkę, zakładam i zdejmuję okulary przeciwsłoneczne. W końcu czuję, że nie daję rady. Pytam Konrada, czy ma może jakiś żel, bo chyba mam kryzys energetyczny. Konrad żelu nie ma, ale znajduję czekoladowy batonik - super - zadziała natychmiast. Jeszcze tylko pić. Zresztą izotonika mamy jeszcze sporo, a punkt nie powinien być daleko - po co to taszczyć, trzeba wypić, będzie lżej. Z naprzeciwka idzie turysta, który mówi, że otwieramy drugą dziesiątkę drużyn. To napawa jakimś optymizmem, ale chwilowym. Jakoś tam jednak posuwam nogami. Konrad próbuje mnie pocieszyć mówiąc, że mamy już za sobą połowę, licząc odcinek hard-core. Ewidentnie ubiegłoroczny kryzys 53-go kilometra dopadł mnie już na 51-szym kilometrze. "Wiesz, Konrad, ja nie dam rady dziś zrobić hard-core´a". "Na razie nic nie przesądzaj, o hard-core pogadamy w Ustrzykach" odpowiada mój partner. Zbiera mi się na płacz. Czy ta droga nie ma końca? Żałuję, że nie mam teraz pod ręką mapy, a szkoda się zatrzymywać i szukać. Zaczynam cichutko buczeć. Widzimy w oddali jakąś drużynę. Oni też nas widzą, więc przechodzą z marszu do biegu. My też biegniemy. Taka mikro-rywalizacja jest przynajmniej jakimś urozmaiceniem monotonii. W końcu widzimy jakieś zabudowania, ludzi, fotografa, drogę, którą przebiegamy, potem most i parking, na którym zorganizowany jest trzeci przepak - Smerek.

Zanim dobiegam do przepaku już słyszę okrzyki "Jest pierwsza dziewczyna! Witamy pierwszą kobietę!". Łzy cisną mi się do oczu już pełną parą, wykrzywiam twarz w jakimś grymasie niby-uśmiechu i resztkami godności staram się powstrzymać od płaczu. Wpadam wprost w objęcia mojego Taty, który jest tu na przepaku wolontariuszem. Na moment rozklejam się. Tato pyta jak się czuję. Widzę, że jest zarazem zaskoczony moim widokiem, jak i zatroskany, a równocześnie dumny. Mówię tylko, że jest ciężko, ale dam radę. Proszę go o kawę z termosu, który jest w samochodzie. Wolontariuszka daje mi dwa worki opisane naszym numerem drużyny. Oddaję jeden i mówię, że to nie nasz,ktoś musiał się pomylić wpisując trójkę. Obsługa proponuje mi bułki z dżemem lub szynką. Wolę swoje - wyciągam z wora bułkę z serem i sok wielowarzywny, leję do kubka gorącą, słodką lurę, żeby trochę przestygła. Tato proponuje żebym usiadła na krześle, ale ja staję w cieniu opierając się o budkę i przyglądam się temu co tu się dzieje. Wpada następna drużyna, widzę, jak Tato jest zaangażowany - biegnie po worek, dopytuje się o samopoczucie, czy zawodnicy czegoś potrzebują, pokazuje gdzie kanapki, gdzie krzesło - jestem bardzo wzruszona, zaskoczona i dumna - świetnie się tu spisuje i jest naprawdę potrzebny. W końcu wypijam kawę, bo widzę, że Konrad już gotowy do drogi, żegnam się z Tatą i resztą obsługi, odmeldowuję drużynę i ruszamy w górę.

Ruszamy we trójkę - dołączył do nas Bartek, syn Konrada. Droga choć w górę, to jednak przyjemna, bo w lesie, w cieniu. Bartek młody, szybki, świeży skacze jak młody koziołek, ja sunę wolno, coś tam jeszcze przegryzam, Konrad spokojnie komentuje, że nie mam się co stresować tempem Bartka, bo on nie ma za sobą ponad pięćdziesięciu kilometrów. Mężczyźni rozmawiają, ja tylko sapię. To miłe urozmaicenie naszej dotychczasowej wędrówki, którą w sporej części przemilczeliśmy. Wyprzedzają nas dwie drużyny - Maciek i Michał z Byledobiec Anin oraz Eugeniusz i Andrzej z drużyny Miechów. Mają kijki i zapychają pod górę jak automaty - równo, rytmicznie. Widać, że trochę się ze sobą ścigają. My wolniej. Ja napawam się chłodem lasu. Wiem, że niedługo znów wyjdziemy na patelnię. Wchodzimy do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Przypominam sobie drzewko, pod którym rok wcześniej sikałam. Proszę chłopaków, żeby poszli przodem, dogonię ich, potrzebuję teraz chwili intymności. Czuję się tu tak swojsko. Nawet nie wiedziałam, że pamiętam tę trasę tak dobrze. W końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Momentalnie robi się upalnie. Przed nami stroma wspinaczka pod Smerek. Widzimy przed sobą pomarańczową koszulkę Byledobieca już prawie na szczycie. Idę, idę. Mówię, że nie dam rady zrobić dziś hard-core. "O tym porozmawiamy w Ustrzykach" mówi Konrad. Widzę na kamykach mnóstwo błyszczących pancerzyków żuczków. Mój towarzysz też to widzi i mówi, że ktoś mi przysyła teraz pozdrowienia - wiadomo, biegowa przyjaciółka Ela. Myślę teraz o przyjaciołach z Lasu Kabackiego, o tym, że na pewno teraz o mnie ciepło myślą i pewnie trzymają kciuki - to mi dodaje sił. Gdy wdrapujemy się na szczyt Smereka okazuje się, że strasznie wieje. Wciągam na siebie kurtkę, która łopocze jak flaga na wietrze. Mimo słońca jest znacznie chłodniej. Biegniemy granią, szybko mijamy Przełęcz Orłowicza, dalej Połonina Wetlińska. Tu przy niewielkim podejściu potykam się o kamień i ląduję miękko na ziemi. Konrad odwraca się i spogląda na mnie pytającym wzrokiem. Mówię, że Zbyszek (zet) prosił, aby ucałować od niego Połoninę, co niniejszym czynię. Za chwilę po namyśle dodaję, że chyba jednak chodziło mu o Caryńską. Konrad prosi, abym już nic nie całowała, że na pewno i Zbyszkowi i połoninom, a przede wszystkim mnie wystarczy ten jeden raz. Śmiejemy się i lecimy dalej. Bartek bardzo odbiega nam do przodu - trochę się nie dziwię, chyba jest mu zimno w koszulce bez rękawów. Konrad czasami znika gdzieś z tyłu, więc muszę go nawoływać. Okazuje się, że ma jakieś kłopoty z brzuchem, ale jakoś mnie dogania. Znów te okropne kamienie, ale na szczęście na ścieżce nie ma takich tłumów jak ostatnio. Nie trzeba się przeciskać, żeby minąć, nie trzeba miliony razy mówić "Cześć!", wystarczą dziesiątki. Bez zatrzymania mijamy Chatkę Puchatka, w której rok temu musieliśmy dokupić butlę wody, bo nam zabrakło. Pozdrawiamy tylko GOPRowca i widząc, że coś notuje głośno krzyczę numer drużyny. Jest też fotograf, to staram się o nienajgorszy wyraz twarzy. W końcu zaczyna się zbieg i wiem, że teraz będzie tylko w dół, w dół, w dół. Byłoby nieźle, gdyby nie to, że tam są schody. Schody zupełnie niedostosowane do zbiegania, a być może w ogóle do schodzenia. Na schodach akurat jakaś mega-wycieczka. Słyszę rozmowy po polsku, angielsku i chyba niemiecku (potem dopiero dowiem się, że to prawdopodobnie jakaś wycieczka integracyjna polsko-holenderska). "Excuse me!" - krzyczę i spadam, ale ludzie odgradzają mnie od poręczy - próbując uchwycić równowagę łapię czasami kogoś za rękę, torbę, biust... Mijamy Byledobieców i Miechów, spadamy, spadamy... Kiedy widzimy już z daleka drogę wiemy, że już blisko przepak. Na jakimś mosteczku fotograf robi nam zdjęcia, wpadamy na Mikołaja, meldujemy drużynę na przepaku w Berehach.

Tu właściwie nie ma co robić. Piję izotonik i wodę. Konrad wyciąga wkład do plecaka i pokazuje, że zostało nam jeszcze prawie połowę objętości. Mówię, ze nie warto dopełniać, bo przecież przed nami tylko 9km, na punkcie się opijemy, w trasie nie zużyjemy dużo, to co jest wystarczy. Z wora nic nie chcę. Biorę jeszcze od Mikołaja puszkę napoju energetyzującego, jakiś batonik i już czekam na chłopaków. Minę mam nieciekawą, bo Konrad nie pozwala mi ruszyć bez niego. A więc czekam obserwując, jak na przepak wpadają goniące nas drużyny.

W końcu możemy ruszać, żegnamy się i pniemy się w górę. Czuję jak chlupocze mi w żołądku, bo dość dużo wypiłam. Znów coś podjadam, przeżuwam. W końcu otwieram puszkę napoju i popijam małymi łyczkami dzieląc dawkę na całe podejście. Po chwili mija nas drużyna Miechów. Andrzej idzie z tyłu i narzeka na skurcze. Ale mimo wszystko daje pod górę szybciej od nas podpierając się kijkami. Po chwili mijają nas Byledobiece z radosnym wojennym okrzykiem "Napieramy!". Mam ochotę odkrzyknąć "Ślimaczymy!", ale szkoda mi oddechu, więc mruczę coś pod nosem. Chłopcy idą jak maszyny, a ja znów jak rok temu obiecuję sobie w duchu, aby poćwiczyć chodzenie z kijkami, żeby szybciej pokonywać odcinki pod górę. Znów przed dojściem do Caryńskiej widzę masy żuczków na ścieżce. Na połoninach znów wieje potwornie. Biegniemy widząc dwie drużyny już tak daleko przed nami, że wydaje nam się bez szans dogonienie ich. Ale nie poddajemy się, walczymy przede wszystkim z czasem. Gdy nareszcie zaczyna się zbieg widzimy drogowskaz z napisem "Ustrzyki Górne 1 h". Pytam Konrada o czas. Żeby zdążyć na godz. 16-tą musimy to zrobić poniżej pół godziny. Zastanawiam się czy to jest realne. Wskazówki turystyczne nie są żadną wykładnią, ale chyba nie zbiegamy dwa razy szybciej niż schodzi przeciętny turysta. Znów lecimy po jakiś dziwnych ni-to-schodach. Ja jęczę sobie po cichutku przy każdym kroku, bo kolana i czworogłowe już bolą przy tym niemiłosiernie. Lecimy w dół na zabój. W pewnym momencie nie wierzę własnym oczom - dogoniliśmy Byledobieca - a skoro jego, to mamy z głowy całą drużynę. "A jednak!" - słyszymy, gdy go mijamy. "Powodzenia!" odkrzykuję i widzę, że i drugi z drużyny jest w zasięgu kilkunastu sekund. A za chwilę doganiamy Miechów. Konrad krzyczy do nich "Z drogi, Panowie! Tu chodzi o rekord świata kobiet". Widzę ich zdumienie. Pędzimy jeszcze, aż w końcu widzę, że jesteśmy poza zasięgiem ich wzroku, więc zwalniam trochę, bo łapie mnie kolka. Konrad zachęca jednak do utrzymania tempa. "Kol-ka! Kol-ka! Kol-ka!" krzyczę przy każdym kroku, ale rzeczywiście nie ma już co zwalniać, bo las jakby się przerzedza, już widać jakiegoś fotografa, musi być blisko, słyszymy bębny. Przebiegamy przez jakiś drewniany pomost. Widzimy przed sobą jeszcze jedną drużynę. Choć wydaje się nierealne dogonić ich przez metą, to jednak mimo wszystko próbujemy. Oni tez nas widzą, więc przyspieszają. Rzucamy się sprintem, choć już teren się wypłaszczył. Jakiś zakręt, na którym błoto - zamiast ominąć bokiem lecę prosto zapadając się w nim lewą nogą prawie po kostkę. Ale już nie myślę o oszczędzaniu. Jakieś schody i już widać po prawej wielką bramę mety. Nie korzystam, wbiegam na górkę obok schodów. Teraz jak najszybciej do mety. Jeszcze chwila. Chwytam Konrada za rękę, Konrad łapie Bartka i ... jest!!!

Ukończyliśmy V Bieg Rzeźnika w czasie 11:52:27 jako 7 drużyna na mecie i pierwsza, w której składzie była kobieta. Od momentu mijania drogowskazu "Ustrzyki Górne 1 h" minęło zaledwie 20 minut. Tuż za metą wpadam wprost w objęcia organizatorów - najpierw Jarka, zaraz potem Mirka, który wiesza mi na szyi wielki, ciężki gliniany medal na konopnym sznurku. Potem ląduję w objęciach mojego Taty. Jak dobrze, że jest tu teraz. Odbieram gratulacje od wszystkich zebranych, ja też chłopakom gratuluję - w końcu skoro doszli tu przede mną, to są ode mnie lepsi. Po chwili dobiega drużyna Miechów. Też szybko ustawiam się przy mecie, aby im podziękować za walkę na trasie i pogratulować. Mirek częstuje mnie piwem, ale odmawiam, bo... Konrad pyta, czy idziemy na hard-core´a. "Oczywiście! Nie ma o czym gadać!" Szybko rozglądam się za czymś do picia, widzę też leżącego na stole banana - pytam czy mogę - mogę. Jeszcze jakieś batoniki. Konrad tankuje izotonik. Michał Karniłowicz z drużyny OTK Rzeźnik/Spiral.pl, którą goniliśmy w końcówce już zasiadł przy gulaszu, ale na wieść o tym, że idziemy dalej pyta, czy może iść z nami. "Oczywiście, ale się pospiesz, bo zaraz ruszamy." "Dobra, to tylko zjem mięso" - odpowiada Michał i szybko wyławia co większe kawałki. Zdejmuję medal i wieszam go na szyi Taty. Wyrzucam z kieszeni wszystkie papierki - te moje i te zebrane po drodze ze ścieżki. Dowiadujemy się, że przed nami poszła już jedna 2-osobowa drużyna Strażacy-Reaktywacja.

Wyruszamy na dalszą wędrówkę. Najpierw jeszcze drogą asfaltową idziemy spokojnie, towarzyszy nam Jarek jadąc obok samochodem, żartujemy sobie, jesteśmy rozmowni. W końcu żegnamy Jarka i wchodzimy do lasu. Mówię chłopakom, że już nie zamierzam biec, nie ścigam się z czasem, niech sobie nie myślą, że będę się wysilać. Od teraz robię sobie wycieczkę po górach, bo bardzo jestem ciekawa jak jest dalej. Konrad odpowiada, że trochę to będę musiała biec, żebyśmy zdążyli przed nocą. Ale na razie to nie ma o czym mówić, bo aktualne podejście z pewnością wyklucza bieg. Michał i Konrad rozmawiają idąc przodem, ja korzystam z poręczy i staram się na nich trochę podciągać. Gdy w końcu wychodzimy z lasu Konrad pyta, czy słyszę bębny i pokazuje mi Ustrzyki. Ale daleko! Najpierw mówię, że słyszę tylko jak mi tętno wali w skroniach, ale po chwili rzeczywiście są i bębny. Przed nami Szeroki Wierch. Na łagodnych wypłaszczeniach i fragmentach w dół jednak podrywam się do biegu. Wieje znów okrutnie na otwartej przestrzeni. Widzę już pięknie od tej strony oświetlony słońcem odrębny kopiec po prawej stronie - to Tarnica, najwyższy szczyt Bieszczadów. Mijamy ją nie wchodząc na szczyt, ale obiecuję sobie, że kiedyś tu przyjdę, specjalnie dla niej. Schodząc w dół do przełęczy widzimy przed sobą dwie zielone koszulki drużyny, która wyszła przed nami. Biegnąc trochę się do nich zbliżamy. Oni chyba też nas widzą i jakby przyspieszają. Teraz już przecież się nie ścigamy, fajnie byłoby iść razem, ale mnie zaczyna dotykać kryzys. Nie chcę już zbiegać. Konrad bardzo mnie do tego namawia, a ja momentami nie umiem się do tego zmusić. Trawersujemy, a ja idąc czuję jak mnie boli brzuch. Konrad chce mnie poić i karmić, ale nic nie mogę przyjąć, bo mam jelita wraz z żołądkiem związane na kokardkę. Podchodzimy pod Rozsypaniec, ja zaczynam szlochać, na chwilę kucam i zwijam się w kłębek. Konrad mnie pogania. Teraz ścigamy się ze słońcem, które niebawem zajdzie. Rzeczywiście jest już nisko, rzuca pomarańczowo-różową poświatę na okoliczne góry. Widoki są cudne, a ja boję się tego wiatru, który najwyraźniej chce mnie zrzucić ze ścieżki. Zaczynam wydawać z siebie wściekłe pomruki. Wciąż nie wiem jak daleko jeszcze do tej drogi, na którą czekam z utęsknieniem. Jeszcze jedna górka. I jeszcze jedna. I jeszcze jedna...W końcu Konrad pokazuje, że już jest droga, za skałą. Puszczam chłopców przodem, muszę się wysikać. Kucając czuję straszliwy ból kolan i mięśni czworogłowych, ale na chwilę rozluźniam brzuch. Chciałabym tak zostać, ale wizja drogi, która jest nieopodal jest bardzo kusząca. Nareszcie do niej dobiegamy, wiatru już nie ma, teraz już nie boję się, że się zatoczę i spadnę w przepaść - najwyżej na trawnik obok. Najpierw trochę biegniemy, ale po chwili przechodzę do marszu, a Michał i Konrad wraz ze mną. Konrad łaskawie pozwala mi na takie momenty, ale za chwilę znów popędza. Zaczyna padać deszcz, więc ze strachu przed hipotermią znów zmuszam się do biegu. Opad był jednak krótki, a ja jestem coraz słabsza i coraz bardziej kręci mi się w głowie ze zmęczenia, więc marsz. Droga ciągnie się i ciągnie. Nie wiemy ile ma kilometrów. Chcę już dzwonić do Taty, żeby mu powiedzieć, że jesteśmy już na końcówce, ale telefon nie ma zasięgu. Konrad pociesza mnie, że gdy biegł dwa lata temu z kosmicznymi Braćmi Celińskimi, to oni już też nie chcieli po tej drodze biec. Staram się maszerować szybko. Szukam kępek traw przy pokruszonym starym asfalcie, aby nie narażać stóp i kolan na twarde uderzenia, które są niezwykle bolesne. Droga jest w wąwozie, dlatego telefon nie ma zasięgu i zaczyna się robić szaro. Denerwuję się, bo wiem, że Tato się o nas martwi i pewnie też próbuje do nas już dzwonić. W końcu w oddali widzimy "białą beczkę" - tak nazywam auto mojego Taty. Stoi w miejscu, gdzie zaczyna się lepsza nawierzchnia, taka prawdziwa droga asfaltowa. Widzę Tatę i obok auto straży granicznej. Dobiegamy do niego, ale mijamy tylko okrzykiem, że jeszcze musimy kawałek, do końca szlaku. Tato chciał dla nas dobrze i podjechał możliwie najbliżej łamiąc jednocześnie zakaz wjazdu, którego nie zauważył i wpakował się w kłopoty. Idziemy dalej, robi się już ciemnawo. W końcu widzimy w oddali budynki i Konrad z Michałem mówią, że koniec/początek czerwonego szlaku beskidzkiego jest już blisko - tam gdzie światełko. Podrywa mnie to do biegu, panowie ruszają także - ból, jaki teraz czujemy jest okropny, ale wrażenie niesamowite, bo od tyłu podjechał już do nas Tato i reflektorami oświetla asfaltową drogę, na której tańczą cienie naszych umęczonych nóg. Biegniemy radośnie, bo oto zbliża się koniec naszej dzisiejszej wędrówki. Z Komańczy wyruszyliśmy o godz. 3.55, by po 16 godzinach 47 minutach i 3 sekundach razem stanąć pod drogowskazem "Początek/Koniec Czerwonego Szlaku Beskidzkiego" w Wołosatym.

Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Okazuje się, że obok słupka zawinięci w termoizolacyjną folię leżą Tomki z drużyny Strażacy-Reaktywacja. Zastanawiamy się, jak się w szóstkę zmieścić do auta, którego bagażnik jest wciąż wypełniony workami z przepaku w Smereku. Na szczęście podjeżdża wóz straży granicznej, która wcześniej legitymowała Tatę - dzięki tej akcji panowie mundurowi już wszystko wiedzą o Biegu Rzeźnika, wiedzą o hard-core, więc bez problemu spełniają naszą prośbę o podwiezienie Tomków do Ustrzyk, skąd zabiorą się do Woli Michowej transportem organizatorów. My jedziemy z Tatą, a droga dłuży się strasznie. Aż nie możemy uwierzyć, że dziś pokonaliśmy jej równoległy wariant po górach.

W końcu dotarliśmy do Woli Michowej. Strasznie nami trzęsie, ubieramy wszystko co jest do ubrania i po paru minutach udaje się opanować hipotermię. Kąpiel w letniej wodzie (znów się trzęsę), strasznie bolą mnie czworogłowe, wciąż mam ściśnięty brzuch - nie mogę nic zjeść ani wypić, żeby nie zwymiotować. Inni zajadają się kiełbasami, karkówkami, a ja po łyku staram się wchłonąć trochę wody i herbaty. Wiem, że powinnam jeść, więc masuję brzuch i zmuszam się do paru łyżeczek kaszy kus-kus z tuńczykiem i sokiem wielowarzywnym. W końcu się poddaję, owijam szczelnie w koce, ręcznik i kaptur na głowę, zwijam się w kłębek, zaraz zasnę. Wchodzi Konrad:
- Basia, wstań, zaraz jest dekoracja. Mirek Cię zaprasza. Trzeba coś zjeść, wypić. Idziemy!
- Nie. Konrad, ja chcę spać, jestem umordowana, sam wiesz. Telepię się, zimno mi. Jeśli możesz chodzić to idź i reprezentuj naszą drużynę podczas dekoracji. Zlecam Ci to jako kapitan. Ja nie chcę tam iść i nie dam rady.
- Basia, co Ty mówisz? Przecież do dekoracja. Dokonałaś czegoś niezwykłego. Nie wypada teraz nie pójść. Mnóstwo ludzi o Ciebie pyta, składają gratulacje Twojemu tacie. Tato jest dumny jak nie wiem. Chodź!
- Nie, Konrad. Ja nikogo nie obchodzę, teraz każdy sam przeżywa swój bieg i ja to rozumiem, tak właśnie powinno być. Mnie w tej chwili też mało obchodzą inni, wystarczy mi wiedzieć, że znajomi dali radę i ukończyli. To cieszy. Ale kto pierwszy, a kto ostatni - co za różnica? Jeśli Tato ze mnie dumny, niech on idzie na dekorację w moim imieniu - w końcu należy mu się to za trud wychowania swojego niesfornego dziecka. Jestem zmęczona, zimno mi, boli, chcę spać. Chyba mi się to należy po takim wysiłku, prawda? Nigdzie nie idę.
- Tak nie można. Nie wypada. Znajdziesz jeszcze siłę, żeby wstać. Na pewno. Trzymaj fason do końca. Nie lekceważ tych, którzy tam na Ciebie czekają. Jest tak miło, wspaniała atmosfera. Chodź!

Zaczynam płakać. Ale gramolę się z łóżka. Idę, czy raczej sunę boso po zimnej trawie. Tak mi najlepiej. Wołają mnie na scenę. Nie daję rady wejść po drewnianych schodach. Ktoś mi podaje rękę, pomaga. Wręczenie trofeum za ustanowienie rekordu trasy przez kobietę (prostuję, że przez parę mieszaną), drugie za zrobienie dodatkowego odcinka hard-core, uściski rąk. Dostaję piękny album o cerkwiach. Schodzę - znów mi ktoś musi pomóc. Zawijam się w koc i oklaskuję innych, składam podziękowania, przyjmuję gratulacje. Konrad znów mnie napastuje:
- Przynieść Ci piwo?
- Nie, nic nie chcę. Dziękuję!
- Ale piwo Cię rozluźni, zresztą musisz się nawodnić.
- Nie dam rady nic przełknąć.
Konrad na chwilę znika, wraca z kubkiem pełnym piwa.
- Chcesz łyka?
Upijam odrobinę. Rozmowy. Podziękowania dla organizatorów i wolontariuszy.
- Może jeszcze łyczek?
Znów odrobinę upijam. I tak udaje mi się mniej więcej połowę opróżnić. W końcu zbieram się i człapię do pokoju. Zasypiam.

Jeśli chcecie wiedzieć jaki jest najlepszy rzeźnicki partner na świecie, to jest właśnie taki jak napisałam powyżej. Potrafi tak pięknie mną manipulować, że i tak zrobię to, co on uważa za słuszne. Jeśli trzeba było napierać na ostatnim odcinku na Halicz i do Wołosatego, a ja nie dawałam rady, to tak długo ględził, aż w końcu zmuszałam się do wysiłku. Dziękuję Konrad! Nasz sukces to ogromna Twoja zasługa.


Suplement: List od Konrada

Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie podsumował Rzeźnika. Porównanie tych tras jest trudne tak samo jak trudne jest dokładne wyliczenie dystansu. Liczyłem z mapy 1:50 000 (czyli 1mm=50m) co daje maksymalną dokładność 100m. Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że mapa nie oddaje ani wszystkich zakrętów, ani tym bardziej różnicy wynikającej z pokonywanych wzniesień to co wyliczyłem jest z pewnością zaniżone. Uważam jednak, że mimo wszystko daje to jakiś miarodajny obraz:
< td>11:18
Punkt20072008
DystansOdcinekCzasTempoDystansOdcinekCzasTempo
Żebrak16,7002:18:5002:18:5008:1916,7002:15:3802: 15:3808:07
Cisna14,9001:55:1004:14:0007:4415,4001:56:5504:1 2:3307:36
Smerek19,5002:47:0007:01:0008:3424,0003:17:2307: 29:5608:13
Berehy15,2003:15:0010:16:0012:5012,7002:42:0010: 11:5612:16
Ustrzyki Górne8,9001:52:4512:08:4512:408,9001:40:3211:52:28
Wołosate    23,0004:54:3516: 47:0312:48

Trudno jest porównać ponieważ praktycznie punkty poza Startem, Przełęczą Żebrak i metą w Wołosatym zostały przesunięte. Różnice w Berehach i Ustrzykach uznałem za pomijalne i w zasadzie nie możliwe do wyliczenia. W Cisnej wyszło mi przesunięcie 500m. Najtrudniej obliczyć odcinek do Smerka. Uwzględniłem przesunięcie z Cisnej, wyliczyłem, że Mirkowa droga ma 8km, natomiast szlak 5km co wydłużyło trasę o 3km dodatkowo uwzględniłem przesunięcie punktu na stoki Smerka (2km). Jak porównać nasze oba biegi widać wyraźne podobieństwo i zbliżone tendencje. Niesamowitą różnicę widać na ostatnim odcinku (Berehy-Ustrzyki), którego długość się nie zmieniła. W Berehach mieliśmy tylko cztery minuty zapasu (oczywiście przy dłuższej trasie), dlatego liczyłem sie z tym, że nie damy rady złamać 12 godzin. Byłaś jednak w dużo lepszej formie. W górę napierałaś naprawdę mocno, a rajd w dół to było mistrzostwo. Na tym krótkim odcinku urwaliśmy z 12 minut. Dotychczas ten odcinek zajmował mi 1:47:50, 1:46:05 i 1:52:45, a więc z Bogdanem pokonywałem go dużo wolniej. Trochę spekulując pobawmy się w gdybanie. Gdyby założyć, bieg szlakiem zamiast drogą Mirka byłoby o 3km mniej, na tym odcinku biegliśmy tempem 8:13 czyli można odjąć 23:39 co daje wynik 11:27:49, czyli na starej trasie spokojnie złamalibyśmy 11:30:00. Mój najlepszy dotąd czas to 11:25:27 więc miałem rację mówiąc, że biegliśmy na poziomie mojego rekordu trasy.

Teraz po spekulujmy na temat hard-core. Mnie wyszło, że to jest 23km. Z braćmi Celińskimi pokonałem ten odcinek w 04:14:45, czyli niecałe 40 minut szybciej, całość wyszła mi wtedy 15:40:12 - ale dystans był o 3km krótszy (zapisałem go jako 98,2). Według moich spekulacji na całości średnie tempo wyszło 9:57 czyli nieco wolniej niż w poprzednio (9:41), ale nie można porównywać tak zróżnicowanych odcinków, na hard-core dochodzi bardzo duża różnica wzniesień, Halicz to druga góra w Bieszczadach (1333m n.p.m.). Gdy porównamy trasę podstawową z Komańczy do Ustrzyk to w tym roku średnie tempo wyszło 9:07 przy dodatkowych 3km.

Podsumowując, uważam, że dokonałaś rzeczy naprawdę niezwykłej, przygotowałaś się rewelacyjnie, a w samym biegu wykazałaś się niezwykłym hartem ducha i niesamowitą zdolnością do walki z przeciwnościami, zmęczeniem i samą sobą.

 tekst: Basia Muzyka
 
^ © 2005-2017 Konroz & Barozyck ^