Lechici Zielonka
KLUB LECHITÓW
Lechici Zielonka


Linki
Bieganie
KB Gymnasion
maratonczyk.pl
Maratony Polskie
OTK Rzeźnik
więcej ...
 

540817

« Relacje ^
Przed i po 24 godzinach...

I tylko może dzięki wspólnemu zakładowi udało się, nie tylko mi zaliczyć kolejną wspaniałą przygodę biegową. Ale wszystko chciałbym przedstawić po kolei.

Po tym, jak dowiedzieliśmy się, że w Krakowie odbędzie się II Bieg Lajkonika i jednocześnie I Mistrzostwa Polski w biegu dobowym, część z Nas - LECHITÓW postanowiła sprawdzić się na tak długim dystansie (M. Pytkowski, K. Różycki), a druga część postanowiła poprawić swoje rekordy życiowe na tym dystansie (T. Matras, B. Piątek, G. Radomski). Zapał był tak wielki, że jako jedni z pierwszych i to dzięki Bogdanowi wysłaliśmy szybko zgłoszenia, i tylko dlatego zmieściliśmy się w limicie 30 osób, które ustalił organizator imprezy - Klub Biegacza Dystans. Zaczęliśmy nawet żartować, że będą to wewnętrzne Mistrzostwa Lechitów w nocnym i dziennym bieganiu, gdyż stanowiliśmy ponad 15% zgłoszonych. Wtedy też u niektórych zaistniała chęć wystartowania w I Mistrzostwach. Niezbędne przedsięwzięcia i kroki w tym celu zaczęło robić aż trzech Lechitów: Bogdan, Grzegorz i Konrad. W ostateczności tylko Ci dwaj ostatni dopełnili formalności.

Na dorocznym spotkaniu Klubowym w dniu 1 lutego, podsumowującym rok 2007, padły jednak zobowiązania, zakłady co do ilości przebiegniętych kilometrów (w przypadku braku realizacji - skrzynka piwa):

  • Marek - 150 km,
  • Tadeusz "Góral" - poprawa życiówki (136 km w 2000 w Zamościu),
  • ja nie tylko poprawa życiówki z przed 20 lat (119,137 km), ale co najmniej 155,555 km,
  • Grzegorz poprawa życiówki (174,399 km) na 175 km,
  • Konrad - 200 km
  • i moje wyzwanie: jak Konrad to zrobi to Ja stawiam (jak to dobrze, że nie zakładałem się o przysłowiowego "kaktusa" - co okazało się już pod koniec biegu).

I znów odżyły emocje z przed paru lat, gdy po raz pierwszy stawaliśmy (dwa zespoły) do Biegu Rzeźnika. Wtedy wystawiliśmy dwie ekipy, tym razem dołączył do Nas "Góral" - Mistrz nad Mistrze (jak śpiewa w ułożonej przez siebie piosence).

I tak wszyscy rozpoczęliśmy żmudne przygotowania do tak wyczerpującej próby i spełnienia obietnic.

Każdy realizował je indywidualnie, a czasami wspólnie, szczególnie w soboty i niedzielę. Zima była łagodna i dało się nabiegać. Konrad po konsultacji z trenerem Darkiem Sidorem realizował plan konsekwentnie. Śmieliśmy się, że biega nawet nocami, ale ... jak się później okazało został do tej próby przygotowany znakomicie.

Konrad i ja zaplanowaliśmy przed ostatecznym startem w Krakowie, jako długie wybieganie, Bieg Rzeźnika w wersji Hard Core z Basią Muzyką. Już nawet mieliśmy fajną nazwę dla drużyny - Lechici z Laską, ale ze względu na zmianę terminu imprezy ja odpuściłem (brak urlopu "kacowego"), a KonRoz pobiegł z MEL, po raz drugi z rzędu czerwonym szlakiem w Bieszczadach - w tym roku w sumie o kilkadziesiąt km dalej i ukończyli te 100 km po Połoninach w znakomitym czasie 16:47:03.

Przygotowania trwały i jako długie wybieganie postanowiłem zaliczyć Bieg 12 Godzinny (X w Rudzie Śląskiej). Atestacja tras biegowych (szczególnie w tym roku nasilona wiosną) wprowadziła do treningu dość znaczny kilometraż rowerowy. Po analizie starych zapisków postanowiłem solidnie przygotować się do dobówki. W myślach śnił mi jak dawniej wynik w granicach 180-200 km. Postanowiłem, że będę biegał więcej jak wtedy - czyli ponad 350 km miesięcznie, ale lat przybyło i czasami było trudno realizować założenia treningowe.

W styczniu przebiegłem łącznie prawie 300 km i przejechałem 13 km rowerem oraz byłem 1,5 h na hali sportowej - ogólnorozwojowe ćwiczenia gimnastyczne. Biegałem odcinki od 6 do 25 km. Startowałem dwukrotnie w Biegu Górskim w Falenicy, a przed biegiem robiłem parę godzin wcześniej 6 lub 12 km biegu ciągłego. W Biegu Chomiczówki wystartowałem oczywiście na obu dystansach, uzyskując: 5 km - 20:51 i 15 km - 1:01:23.

Pora dnia nie odgrywała roli, a do przyjemności zaczęły należeć ranne przebieżki i po paru godzinach start, np. start w dniu 23 po rannych 25 km w III Biegu Wedla na dystansie 5,5, a potem 9 km. Przygotowania do maratonu trwały, a tym bardziej do "dobówki", jednak złapał mnie jakiś wirus i musiałem tydzień spędzić w łóżku. Monotonia treningu (bieganie po tych samych drużkach poligonu) robiła swoje, więc aby się zmotywować do dalszego treningu, kupiłem sobie na marcowe imieniny Forerunner'a 305. W lutym przebiegłem prawie 275 km i rowerem - 13,5 km.

Jaka to była przyjemność po otrzymaniu Forerunner'a, zagłębić się na ścieżki poligonu i spotykać sarny, dziki, a nawet łosie (moja dawna ksywa biegowa - ŁOŚ). W marcu w Półmaratonie Wiązowskim (1:30:12 po 25 km rannego treningu). Ulgowo potraktowałem dzień startowy Półmaratonu Warszawskiego, rano tylko 6 km, a potem sprawdzian przed maratonem i zrobiłem - 1:24:22. Łącznie w marcu pokonałem ponad 415 km i 58 km rowerem.

Pora dnia nie odgrywała roli, a do przyjemności zaczęły należeć przebieżki po nieznanych okolicach Zielonki. Jako ostry start wiosenny potraktowałem Maraton Dębno. Chciałem złamać przysłowiowe 3 godziny. Jednak przed samym startem znów długa jazda samochodem i atesty, a może już osłabienie organizmu zrobiły swoje. Wszystko było dobrze, ale do 30 km. Przed startem spotkanie KonROZ i Grześkiem, którzy również przybyli do Stolicy Maratonu Polskiego. Marek trenował na górkach w okolicy Czarnkowa. Wszyscy byliśmy nastawieni na bicie "życiówek", szczególnie po wypiciu tylko jednego napoju chmielowego. Zycie jak zwykle zweryfikowało marzenia. Przyszło jak zwykle słońce i w moim przypadku ból w lewym biodrze po 30 km i wyszło tylko 3:01:27. Po tym starcie znów trochę musiałem odpuścić trening. Ból biodra dawał znać o sobie, a tym bardziej że 27 było zaplanowane wielki wybieganie? X Bieg Rudzki. Wystartowałem o 20-ej można powiedzieć rewelacyjnie. Wszystko było dobrze do drugiej godziny biegu. Gdy odezwało się lewe biodro. Dwie godziny później odezwały się hemoroidy i było koniec bieganka. Pozostało tylko chodzenie, a gdy pojawiła się ? krew trzeba było dać sobie spokój. Poszedłem spać , ale była to tylko drzemka. O 5-ej powróciłem na trasę będąc przekonany że mam przebiegnięte 50 km. Przecież organizatorzy dawali medal po zaliczeniu 80km. Jakież moje zdziwienie, gdy ? mam tylko 46 km. Zaczynam biegać, może się uda. Jednak po dwóch godzinach odzywa się znów biodro i zaczynam chodzić na zbiegu. Wszyscy wprost przeciwnie. Walczę z sobą i podziwiam Grześka, który również wystartował w tym biegu. Idzie na życiówkę ? 103,657 km. Być może to był błąd? Pokonałem w Rudzie dystans 77,374 km i ... Jednak dostałem medal. Jak tak pomnożyć wynik to w Krakowie powinno być dobrze, ale czy wytrzyma organizm? Łącznie w kwietniu pokonałem ponad 265 km i 69 km rowerem.

Maj nie należał do przyjemnych. Rozpoczął się fatalnie. Znów kontuzja. Czy uda się zregenerować organizm? Zaczynam łykać dodatkowo, oprócz "Artresanu", "Asparaginianu" i "CENTRUM", nowe specyfiki "Glukosamine" i "Kolagen". Nie muszę nadmieniać, że każdy trening ponad 17 km kończył się zawsze szklanką "Izostatu" lub "Hydry", a w większości przypadku dodatkową butelką napoju chmielowego. Zająłem się działką. Codziennie 5-6 godzin wysiłku fizycznego na słońcu. Regeneracja postępuje. Prawie nie biegam. Długi weekend i ulubione Bieszczady. Przyjemne spacery we dwójkę z podporą życiową. Mieszkamy w Komańczy. Jednego dnia zaliczmy kawałek trasy Rzeźnika ? z Komańczy do Duszatyna. Pani Bożenka pamięta nas z ubiegłorocznej wrześniowej eskapady. Tym razem nie była zbyt rozmowna. Pełny relaks. Nikt się nie spieszy. Wypoczywam i nabieram sił. Coraz bardziej mnie już nosi, chce się biegać. W maju przebiegłem tylko ponad 70 km, 37 km spacerów z małżonką oraz 32 km rowerkiem.

Jak będzie w Krakowie. Grześ chwali się że biegał 2 razy po 20 km i utrzymał założone tempo. Konrad trenuje tempo 6 min/ km. Staruje w Kabatach i jest ostatni wśród Lechitów. Myślałem, że spóźnił się na start , a w Biegu Truskawki startuje po przybiegnięciu z Warszawy. Pokonuje łącznie 50 km ? ma chłop kondycję. Chyba będę stawiał tą skrzynkę, wybiegany jak nigdy, co już dał pokazać na "Rzeźniku". A sam mówi, że za MEL trudno mu było wyrobić na zbiegach. Ta to ma parę!

No i zbliża się dzień prawdy. Marek i Konrad kupują w poniedziałek bilety na ekspres. Jedziemy w piątek w tym samym przedziale. Konrad czyta fachowa literaturę, przygotowując się do egzaminu. Ma zdrowie, nie tylko obciążenie fizyczne, ale kontynuując studia musi myśleć. Może ucieczka w trening dobrze mu robi? Ja czytam kolejny numer "Biegania", którą to lekturę zostawia sobie na powrót KonRoz. Grześ już jest w Polsce (wycieczka na Ukrainę) i jedzie pociągiem z Przemyśla. Mamy spotkać się tradycyjnie na własnym pasta party. Konrad i on muszą zdążyć na odprawę w związku ze startem w Mistrzostwach. Ekspres jednak się spóźnia i my też. Jednak nic ciekawego nie powiedziano przez naszą 5 minutową nieobecność, a jak się potem okazało nie dopełniono formalności dla Grześka i będzie startował z czarnym numerem. Czerwone zostały przydzielone zawodnikom startującym w Mistrzostwach, jakie to szczęście. Ja z Markiem musimy tylko przepinać jeden numer, co ma znacznie w czasie deszczu, który i tym razem nie ominął Krakowa. Prognoza pogody była łaskawa chyba dla wszystkich-temperatura 20°C, w nocy 10°C i możliwość przelotnych, nocnych opadów.

Gorączka przedstartowa chyba nikomu się nie udzieliła, przecież wszystko miało rozstrzygnąć się po wielu godzinach walki. Punktualnie o 11-ej, prawie przy "Skale" nastąpił start. Lechici (Ci ubrani na zielono: Grześ i Konrad) od początku biegli razem. Nie jak nigdy nie poniosło i byłem za nimi. Spokojnie pokonywaliśmy kolejne okrążenia, a co dwie godziny dostawaliśmy na stoliku bufetowym komunikat zawodów. W ten sposób kontrowaliśmy nie tylko siebie. No cóż, nie przysłuchiwałem się sędziom, zwiększyłem tempo i jakież było moje zdziwienie, że mam tyle okrążeń co pozostali Lechici, przecież ich w pewnym momencie dublowałem. Nie pomogła interwencja nie tylko moja, ale i Grześka, któremu coś nie szedł bieg, do końca biegu już tak pozostało. Na każdym 3530 m okrążeniu piłem izostar, sok lub herbatę, którą słodziłem, pożywiałem się rodzynkami, kanareczkami z dżemem lub miodem. O 20-ej zjadłem również dodatkową porcję rosołu, a o 5-ej makaron z mięsem z kurczaka. Dodatkowo co jakiś czas piłem bulion i dwa razy kawę oraz na przeciwległym punkcie wodę podawaną za każdym razem przez biegającego serwisanta. Z własnych odżywek używałem co 2 godziny żelu dla triatlonistów. Co 4 godziny zmieniałem skarpetki i ubierałem się coraz cieplej. W pewnym momencie w nocy, gdy zaczął padać deszcz, chwyciły mnie nawet dreszcze więc założyłem pelerynkę otrzymaną na XXX Biegu Lechitów W Gnieźnie.

Jednak nogi, ze względu na zabrane obuwie (Saucony kupione do u J. Gardenera do maratonu) odmówiły posłuszeństwa po 8 godzinach truchtania. Czułem stopy, które zaczęły palić i nie pomogła nawet wielokrotna zmiana skarpet. Po 29 kółkach (ponad 100 km) poszedłem na masaż. Potem kontynuowałem dalej bieg i chodzenie. Przed pokonaniem 120 km udałem się do namiotu, zabrałem komórkę i puszkę piwa. Zameldowałem spikerowi, że idę na życiówkę (było to po 23-ej), zadzwoniłem do żony i rozpocząłem systematyczne chodzenie już do końca mojej bytności na trasie. Wypiłem piwo, smakowało jak nigdy przy ogniach sztucznych i oświetlonym Kopcu Kościuszki oraz oświetlonej szpalerem zniczy ul. Na Błoniach. Spokojnym marszem przy coraz większy bólu nóg zakończyłem swój udział w biegu po godz.8.30. Czekałem jaki wynik zrobi Konrad. Piął się coraz wyżej i był w dobrym nastroju. Grześ też już tylko spacerował, jak i większość uczestników II Biegu Lajkonika, czy I Mistrzostw Polski.

Poszedłem na masaż. Jak było przyjemnie poleżeć, a potem pooddychać w cieniu. Robiło się parno. Dobrze, ze bieg rozpoczął się wczoraj. I nastąpił dzwon. Wszyscy, którzy byli na trasie się zatrzymali. Sędziowie domierzyli pozostałe metry do 100 m znaczników wymierzonych przez T. Dziekońskiego. Pozostało mycie (chyba większość skorzystała z kranu przy namiocie) i obiad, na który organizatorzy podwozili na halę "Wisły". Najtrudniej jednak było pokonać skarpę. Punktualnie o 13.30 nastąpiło zakończenie imprezy i rozdanie pamiątkowych statuetek. Wcześniej, ponieważ to były Mistrzostwa odegrano hymn państwowy i wręczono medale mistrzom kraju.


 Konrad RÓŻYCKIBogdan PIĄTEKGrzegorz RADOMSKIMarek PYTKOWSKI
2h517 650621 180517 650517 650
4h1138 8301138 8301035 3001035 300
6h1656 4801656 4801552 9501449 420
8h2174 1302070 6001967 0701863 540
10h2691 7802691 7802381 1902174 130
12h30105 90030105 9002691 7802484 720
14h34120 02033116 49029102 3702691 780
16h39137 67037130 61032112 9602898 840
18h44155 32039137 67035123 55030105 900
20h49172 97042148 26037130 61031109 430
22h54190 62045158 85039137 67032112 960
24h59209 72045158 85040141 40036128 324

Wysłaliśmy Grześka (oczywiście taxi) na dworzec PKP, aby zamienił bilety (obawiając się że nie zdążymy na pociąg o 14.55). Po imprezie w oczekiwaniu na pociąg wypiliśmy piwko i za godzinę znaleźliśmy się w nie klimatyzowanych wagonach IC w drodze do Warszawy. Tym razem podróż trwała punktualnie, a potem Ula (biegająca córka Marka) rozwiozła nas po kolei do domów, zaczynając oczywiście od Naszego Mistrza, ale to już czysty przypadek bo mieszka przecież w Warszawie.

zdjęcia tekst: Bogdan Piątek
 
^ © 2005-2017 Konroz & Barozyck ^