Lechici Zielonka
KLUB LECHITÓW
Lechici Zielonka


Linki
Bieganie
KB Gymnasion
maratonczyk.pl
Maratony Polskie
OTK Rzeźnik
więcej ...
 

540091

« Relacje ^
Pierwszy triathlon

Teskt: Basia Muzyka
Foto: Bartek Różycki, Bogdan Piątek

Z wielką radością przyjęłam zaproszenie na koleżeński, klubowy triathlon na dystansie olimpijskim organizowany przez klub Lechici Zielonka. Rozegranie zawodów jest w sobotę 4-go sierpnia 2007 roku w Zielonce i okolicach. O godz. 11-tej na starcie stoi 10 osób, które zamierzają pokonać indywidualnie 1,5 km pływania, 37 km jazdy na rowerze oraz 10 km biegu oraz 5 sztafet 3-osobowych. Wśród tych pierwszych ja - jedyna kobieta, rodzynka, na dodatek zupełna debiutantka w wyścigach triathlonowych. Wszyscy jesteśmy oznakowani liczbami na ramionach i udach. Nie ma we mnie dużego strachu, a jedynie ciekawość, jak to jest i jaki czas uzyskam i czy będę się przy tym dostatecznie dobrze bawić. Wstępne szacunki zamykam czasem 4 godzin (1 godz. pływania, 2 godz. rower, 1 godz. biegu). Trochę boję się pływania, bo robię to bardzo rzadko i nigdy nie taki dystans, a poza tym po raz pierwszy na otwartej wodzie, a nie w basenie. Rower dla mnie też jest tajemnicą, bo za jednym zamachem takiego dystansu jeszcze w życiu nie przejechałam, co nie oznacza, że mnie jakoś przeraża, przed Rzeźnikiem przecież trochę do pracy na rowerze jeździłam. Tylko z bieganiem jestem "za pan brat", choć oczywiście nie wiem jak mi pójdzie po tych wcześniejszych konkurencjach.

  
  

Na dworze jest chłodno, temp. około 18 stopni, koledzy mówią, że woda będzie z pewnością cieplejsza. Rozbieramy się, jeden z zawodników ma piankę, reszta w "majtkach". Przechodzimy na drugą stronę jeziorka o nazwie Glinki. Będziemy pływać trzy okrążenia wokół styropianowych boi i jeszcze kawałek powrotem do punktu zmian. Zamaczam nogę i drętwieję. Zimna! Niektórzy już wchodzą do wody (Lechici to morsy, zimą kąpią się tu w przerębli). Ja też zaczynam się lekko ochlapywać, ale jeszcze się nie zanurzam. Zakładam okularki i czekam, aż w odliczanie dobiegnie końca. Ruszam na końcu. Zetknięcie z wodą - brrr... Pierwsze ruchy miały być spokojne, ale nie w tej temperaturze! Trzeba się ruszać, żeby nie zmarznąć. Woda nie jest taka, jaką znam. W basenie zawsze czysta, klarowna, a ta zielonkawa. I te wodorosty! Co jakiś czas delikatnie smagają mnie po brzuchu, ale częściej zaczepiają się, a to o rękę, a to zawisną na okularkach. Płynę żabką. Trzymam się za niebieskim czepkiem Konrada, który też wybrał ten styl. Gdy dopływamy do pierwszej boi już czuję radość, bo wiem, że uda mi się ten dystans pokonać. Gdy wracamy do trzeciej boi nagle Konrad zmienia styl na kraula i zupełnie niezrozumiale dla mnie zmienia kierunek, jakby chciał ominąć boję z drugiej strony. Dezorientacja. Nie wiem co robić - czy za nim, czy do boi. Jednak decyduję, że do boi, no i dobrze, bo Konrad w końcu zauważa, że zboczył ze szlaku i wraca. Myślę: "Fajnie, już jedno kółko mam za sobą. Uda się." Podczas drugiego kółka zastanawiam się, kiedy najszybsi zaczną mnie dublować. Na drugim jeszcze im się nie udało. Nęci mnie, żeby spojrzeć na zegarek i wstępnie oszacować jak długo będę płynąć, ale udaje mi się zwalczyć tę pokusę. Właśnie zaczynam robić trzecie kółko, gdy czuję wzburzone fale - to najszybsi dublują mnie i są już na ostatniej prostej do mety. Mija mnie Adam i... - nie mogę uwierzyć - on też płynie stylem klasycznym. Ale jak! Robi szybkie ruchy. To pewnie strasznie wyczerpujące. Ja wolę długo "ślizgać się" pod powierzchnią wody i trwać w tym ruchu prawie do zatrzymania i wtedy robić następny zamach - takie pływanie prawie wcale nie męczy, bo ruchów jest mniej i są dłuższe. Dlatego mogę płynąć długo, choć tego wcale nie trenowałam. Gdy kończę trzecie kółko muszę mocno powściągać swoją radość, żeby na finiszu nie zaszaleć za bardzo, nie dostać skurczu albo zadyszki. Gdy zbliżam się do boi nagle przechodzę do kraula, ale nie na długo - jednak męczy mnie to za bardzo, uspakajam się znów trochę żabką i ostatnie metry znów kraulem. Gdy czuję pod nogami grunt wynurzam się i słyszę jak sędziowie wypowiadają głośno mój numer. Patrzę na zegarek 40'40". Fantastycznie! Zaoszczędziłam prawie 20 minut. A za mną jeszcze parę osób w wodzie.


 

Trochę błędnym krokiem dochodzę do swoich rzeczy. Zimno. Zaczynam się rozbierać, wycierać, ubierać. Trzęsę się. Szarpię się z biustonoszem - specjalnie wybrałam taki, którego nie trzeba zapinać, ale za to zrolował się diabelnie - nie będzie mi potrzebny w czasie jazdy na rowerze, ale do biegania niezbędny. Koszulka, bluza, długie spodnie. Wycieram dokładnie nogi z piachu. Chyba jednak za dokładnie. Skarpetki. Mam trudności z założeniem butów, ale jakoś mi się udaje. Piję coś, biorę rower. Okulary. Na zegarku 45'50" - trochę szkoda, że tak dużo czasu się traci na przebieranie. Sztafety mają łatwiej. Od razu po wyjściu z wody następny zawodnik rusza, a tutaj takie straty. Zakładam na głowę kaptur, bo mam długie włosy, całe mokre i boję się, że się zaziębię. I w drogę!

 
 

Jadę na pożyczonym od siostry rowerze typu "góral". Zgodnie z poradami Bogdana na pierwszym okrążeniu mam jechać wolniej i dużo zjeść, bo inaczej na końcu będę miała kryzys energetyczny. Nie jestem głodna, ale wcinam banana, a za chwilę karmelowego batonika. Kręcę na razie powoli, spokojnie, żeby się nie wypalić, popijam soczek. Po paru kilometrach dojeżdżam do wsi Nadma, gdzie trasa skręca w lewo. Szosa przede mną i za mną pusta, zjeżdżam na jej środek. Nagle z drogi, w którą mam skręcać wyjeżdża auto transportowe dając kierunkowskaz w lewo. Pokazuję, że zamierzam skręcić mając nadzieję, że auto się usunie i będę mogła zrobić klasyczny łuk, bo inaczej (mam pierwszeństwo przejazdu), musiałabym lekko objeżdżać wysunięte auto znacznie tracąc na prędkości. Gdy tak macham i macham widzę, że jednak auto się nie rusza, więc przyładowuję po hamulcach i nagle ląduję na asfalcie kilka metrów przed moim zakrętem.  Podnoszę się, lecz widząc rozsypane wokół kawałki roweru, zastanawiam się czy mogę dalej kontynuować jazdę. Uda bolą mnie jak diabli, bo upadłam na kierownicę i poobijałam się o nią, lewy łokieć pali - dwuwarstwowa bluza przetarta na wylot, do środka nawet nie zaglądam. Czuję, że nic mi się nie połamało, rower też się nie wygiął, więc zbieram z asfaltu urwany dzwonek, licznik rowerowy, bidon, batonik i bluzgając wewnętrznie za stracony czas doprowadzam się do pionu. Ze stojącego samochodu wybiegł kierowca pytając czy ze mną wszystko OK. Nie jest OK, boli mnie i tracę czas, ale nie mówię na głos, tylko "Myślałam, że Pan pojedzie. Przecież dawałam znaki...". "No tak, ale to się tak szybko nie rusza, a Pani miała pierwszeństwo". Eh... co tam, szkoda gadać. Zbieram się i jadę. Chociaż adrenalina buchnęła mi do żył, to nic mi to nie daje. Obite mięśnie na udach tak mnie bolą, że nie mogę jechać szybko, zmniejszam przełożenie, ledwie ruszam nogami. Powoli analizuję sprawę i robi mi się coraz bardziej głupio. Bo to moja wina była, a ja zamiast kierowcy podziękować, że chce mi pomóc, to jakieś pretensje zgłaszałam. Trudno. Pojechał. Zaczyna się kawałek z górki, to staram się przyspieszyć. Niby się udaje, ale teraz zaczynam się znów bać prędkości. Boję się piasku na zakrętach, na którym mogę się poślizgnąć i znów wyłożyć. Z naprzeciwka jadą inni uczestnicy, machamy do siebie, uśmiechamy się. A ja najchętniej poskarżyłabym się Konradowi, że taka ofiara jestem, że mnie boli, ale mijamy się zbyt szybko. Oni już jadą swoją drugą pętlę, ja dopiero jestem na pierwszej i jeszcze kawał drogi przede mną. Zjadam drugiego banana i piję. W końcu dojeżdżam w okolice punktu zmian, widzę Bartka robiącego zdjęcia, widzę innych kibiców. To od razu wywołuje u mnie uśmiech i mocniejsze wciśnięcie pedałów, szczególnie, że przede mną górka z przejazdem kolejowym i zaczynam mniejszą pętelkę "miejską". Ktoś mnie mija na kolarzówce z taką prędkością, że czuję się, jakbym spacerowała, a nie brała udział w wyścigach. Trudno. Nie jestem ścigaczką. Długo to nie trwa, ale trzeba uważać, bo zagęszczenie samochodów większe i znów jestem obok Barka i kibiców, kiwam do nich zaczynając swoją drugą pętlę. I znów z naprzeciwka pozdrowienia od zawodników, którzy zbliżają się do końca swojego "zadania rowerowego". Tym razem na pętli nie działo się nic nieprzewidzianego. Może nawet pod koniec trochę przyspieszam, bo zdecydowanie drugi objazd wydaje mi się krótszy. Wjeżdżam na teren punktu zmian witana oklaskami.
Zsiadam z roweru, zdejmuję bluzę, zrzucam okulary i rzucam się do biegu. Pierwszy krok, drugi, trzeci... w uszach słyszę jeszcze okrzyk "wolniej!", ale już leżę twarzą przy ziemi. Głowa przyzwyczajona do prędkości ponad 25 km/h poleciała do przodu, a nogi, jakby związane, za nią nie nadążyły. Opieram czoło na trawie i liczę do trzech. Wtedy dopiero ruszam, powoli. Nogi po rowerze zachowują się dziwnie, a dodatkowo obite mięśnie znów przypominają o "przygodzie rowerowej"; bolą. Oddycham szybko, biegnę powoli, bo nóg nie daje się za skarby świata "wydłużyć", serce bije jak oszalałe, ale wiem, że to efekt upadku, że zaraz sobie z tym wszystkim poradzi. Robię sobie w głowie małe sprawozdanie: mam pełny brzuch, jednak na rowerze za dużo zjadłam, nie jechałam tak długo i to mi teraz przeszkadza; chce mi się sikać i to też trochę przeszkadza, ale może godzinkę wytrzymam, bo szkoda czasu na toi-toikę; bieganie to jest to, w czym czuję się dobrze, to ostatnia konkurencja, tu nie będzie niespodzianek, przecież robię to "co zwykle". Przede mną 6 pętli wokół jeziorka, w którym pływaliśmy i mały dobieg. Przede mną truchta biegacz, postanawiam się go trzymać, bo moje tempo i tak nie będzie szybsze. Pod nogami czasami cienka dróżka, czasami trawa, są i odcinki z kamieniami i z piachem. Po przetruchtaniu niecałego kilometra jednak postanawiam, że się wysikam, ale w krzakach, korzystając z tego, że nikogo za mną chwilowo nie ma. Uskakuję na bok. To była mądra decyzja, czuję wyraźną ulgę. Truchtam dalej, jest rozwidlenie, wybieram dróżkę w prawo, ale po chwili wracam i testuję dróżkę w lewo. Tak, na tej lewej widzę w oddali biegacza, który był przede mną. Zapamiętuję to miejsce, aby przy następnej pętli nie tracić czasu na szukanie. Dobiegam do punktu zmian. Jedna pętla (1,7 km) zaliczona. Uff... Po drugiej powoli czuję, że zaczynają "rozwiązywać" mi się nogi, ale tak naprawdę to dopiero pod koniec czwartej zaczynam biec tak, jak to się robi na zawodach, czuję jakiś normalny rytm serca i nóg. Kogoś tam wyprzedzam, ktoś mnie... Słyszę fantastyczny doping przy strefie zmian. Kończę szóstą pętlę i zostaje mi tylko dobieg do niebieskiej toi-toiki i nawrót. Teraz to już daję z siebie wszystko, gonię Jurka "Prezesa", potem zawracam (Prezes biegnie dalej pętlę) i na maksa kończę zawody. Na mecie nie jestem zmęczona, nawet nie chce mi się pić. Na zegarku 3h16'26". Jestem zadowolona, szczęśliwa! Ukończyłam pierwszy w życiu triathlon! Podoba mi się ta różnorodność konkurencji, ale czuję, że trochę krótko to wszystko trwało. Chętnie wskoczyłabym znów do wody i zrobiła to samo jeszcze raz od początku, ale - lepiej, mądrzej.

  
 

Teraz dopiero patrzę na mój łokieć. Bogdan przynosi mi apteczkę i leje na ranę wodę utlenioną. Potem zawiązuje bandażem. Taka opatrzona idę w krzaki, żeby obejrzeć jakie mam siniaki na udach. Jeszcze ich tam bardzo nie widać, prawdziwy żywy fiolet wyjdzie dopiero za 2-3 dni. Chcę się porozciągać, ale czuję ból. Nawet kucanie jest nieprzyjemne.

 

Na miejscu rozdanie medali oraz pamiątkowych koszulek, wspólne fotki. Szybko zbieramy się do samochodów i jedziemy na ognisko do Waldka "Pilota". Kiełbaski, piwo, raj... Leniwie płyną godziny i w końcu trzeba się żegnać. Słyszę "Do następnego triathlonu za rok!"

więcej zdjęć 
 
^ © 2005-2017 Konroz & Barozyck ^