Lechici Zielonka
KLUB LECHITÓW
Lechici Zielonka


Linki
Bieganie
KB Gymnasion
maratonczyk.pl
Maratony Polskie
OTK Rzeźnik
więcej ...
 

540096

« Relacje ^
Rzeźnickie abecadło MEL,
czyli podręczny słowniczek bieszczadzkich pojęć, które bywalców nie zaskoczą,
a kandydatów na rzeźnickich debiutantów być może skutecznie zniechęcą,
jako garść wspomnień z IV Biegu Rzeźnika AD 2007
spisanych niechronologiczną prozą życia:



A jak anioły bieszczadzkie - Gdy w czwartek, który był świętem Bożego Ciała przyjechałam do Woli Michowej, gdzie mieściło się biuro zawodów, a zarazem miejsce, gdzie miałam "nocować", rozłożyłam śpiwór na trawce w cieniu drzewa i zasłuchana w odgłosy szemrzącego nieopodal strumyka starałam się nadrobić zaległości w odsypianiu dwóch poprzednich nocy, nagle z tej sielankowej ciszy wyrywał mnie dźwięk aparatury nagłaśniającej skierowanej dokładnie na moje miejsce spoczynku i nadające piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa "Anioły bieszczadzkie". Muzykę lubię, ale nie powiem, żebym przepadała za jej odmianą turystyczną w wersji "do słuchania". Co innego drzeć gardło przy ognisku, a co innego słuchać po pięciokroć tego samego utworu w pięknych okolicznościach przyrody. Nie pomogło znieczulenie się napojem izotonicznym typu piwo. Spać się nie dało, więc wstałam i pogaworzyłam z innym uczestnikami zgłoszonymi do biegu. Gaworzenie to dobre słowo, bo oni są duzi, mocni, wysportowani, atletyczni, twardzi, hardzi... a ja taka mala.

B jak Bracia Bienieccy - Bracia Mirek i Jarek Bienieccy są twórcami i głównymi organizatorami Biegu Rzeźnika - imprezy, która z roku na rok przyciąga coraz więcej śmiałków chętnych zmierzyć się z prawdziwym wyzwaniem: Bieszczadami. Ze względu na ogrom zadań, zwiększającą się ilość zawodników oraz skomplikowanie spraw organizacyjnych już od ubiegłego roku nie startują w swoim biegu pozostawiając tę przyjemność i radość innym. Nie jest łatwo przygotować taki bieg, który odbywa się na końcu Polski, podczas gdy mieszka się zupełnie gdzie indziej. Sponsorzy też nie walą do nich drzwiami i oknami. Organizatorzy korzystali z pomocy, uprzejmości oraz dobrej woli wielu wspaniałych ludzi, w tym z całej masy swoich przyjaciół i rodzin. Doskonale potrafili obsłużyć całą imprezę, czyli miejsca odprawy, startu, wszystkich czterech przepaków, mety. Potrafili podczas imprezy ładnie podziękować wszystkim pomagającym im osobom. Logistyczne mistrzostwo świata.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

Wszystko działo się z uśmiechem i życzliwością. Od początku bracia Bienieccy mieli ze mną niezły galimatias, bo najpierw zapisałam się na wspólny transport z Warszawy, potem z niego zrezygnowałam prosząc jednocześnie o pomoc w znalezieniu transportu ze Śląska lub okolic. Dzięki nim skontaktowałam się z Dominikiem Ząbczyńskim (także organizatorem Biegu Rzeźnika) i w ten cudowny sposób udało mi się dojechać na imprezę. Na miejsce dotarłam przed Konradem i odbierając nasz pakiet startowy nie chciałam się na liście uczestników wpisać pod najbliższym wolnym, czyli numerem 13 (ostatecznie zaproponowano mi kompromis polegający na dopisaniu 9-tki przed numerem, więc byłam zarejestrowana na pozycji 913). Następnie zażyczyłam sobie specjalnego numeru startowego dla naszej drużyny, która nazywała się "4C". Dostaliśmy oczywiście nr 4, choć mocno podkreślono, że jest to ukłon w stronę mojego partnera, który rok wcześniej zrobił hard-cora, bo normalnie niskie numery dają drużynom, które mają szansę znaleźć się w ścisłej czołówce. Tamta niechciana przeze mnie trzynastka "zemściła się" na nas i tak, bo ostatecznie zajęliśmy 13-te miejsce. Najszczęśliwsze w moim życiu. A bracia Bienieccy przeszli ze mną ostry egzamin "jak przetrwać z marudnym zawodnikiem, wywołując u niego zadowolenie" i otrzymali ocenę najwyższą z możliwych. Jak najbardziej zasłużoną.

fot. DAR

C jak czas - Czas w Bieszczadach istniał dla mnie wyłącznie na przepakach i na mecie. Nie brałam zegarka, bo po co? Nie ścigałam się z czasem, nie musiałam kontrolować tempa, posiłki regulował moment dojścia do punktów odżywczych. Czas był osią poziomą, a pionową stanowiła wysokość, na którą się wspinaliśmy. Tam w górze nie było czasu. Tam było słońce, przyroda, partner i widoki. Tam były błagalne spojrzenia o chmurę i cień. Tam było wypatrywanie szlaku. Gdy schodziliśmy w dół znów spotykaliśmy czas - sędziowie na punktach spisywali godzinę naszego przyjścia i wyjścia. I to jedyny moment, kiedy czas istniał i trzeba go było skracać. Ja nie chciałam go tracić na przepakach, nie potrzebowałam odpoczywać na stojąco lub siedząco. Wyciągałam z wora to co potrzeba, piłam i chciałam ruszać dalej. Konrad miał więcej roboty i potrzebował więcej czasu, bo dodatkowo przelewał napoje do naszego wspólnego camel-back'a i wstrzymywał mnie przed wyjściem, aby nie przekroczyć regulaminowych 100 metrów rozłąki. Ja wolałam jeść wspinając się pod górę, bo chodzę tak wolno, że jednoczesne żucie mi nie przeszkadzało i nie hamowało. Czasami Konrad informował mnie w jakim czasie pokonujemy odcinki i jak to się ma do jego poprzednich biegów z Bogdanem Piątkiem, ale mnie zupełnie nic to nie mówiło, chciałam tylko wiedzieć, czy mieścimy się w limicie, a jeśli chodzi o dokładność, to wystarczała mi plus/minus 15 minut. Czas był mniej ważny niż bezpieczeństwo, niż partner, niż zachwyt, który non-stop przepełniał moją duszę, mniej ważny niż uśmiech i doping mijanych na trasie turystów, mniej ważny niż ogromne skupienie na zbiegach, aby w pędzie nie zrobić sobie krzywdy. Czas znów nabrał swojej ważności na mecie. Ten tam jest właściwie najważniejszy z tych wszystkich poprzednich i potem to on właśnie jest wymawiany z czcią i szacunkiem. Jest ważniejszy niż PESEL, więc warto go zapamiętać z dokładnością co najmniej do minut. O czas na mecie jeszcze nie raz jestem wypytywana na innych biegach i spotkaniach z biegaczami. Ten czas jest porównywany z wynikami innych, także tych z poprzednich edycji Rzeźnika. Nasz czas - czas Konrada i Basi - też został porównany do rekordu trasy w wykonaniu innej pary z poprzedniej edycji i okazał się lepszy. Jego lepszość nie polega na większej ilości zer, na dokładniejszym uporządkowaniu cyfr. Lepszość leży w mniejszości - im krótszy czas, tym lepiej. Ten najkrótszy nazywa się rekordem. Najszybsi i najmocniejsi bracia Robert i Aleksander Celińscy, czyli drużyna "Byledobiec Anin" ustanowili nowy rekord trasy cyframi 9:02 (to jest z pewnością "ponadczas", czyli czas nie z tego świata), a nasza drużyna "4C" także ustanowiła nowy rekord dla najszybszej kobiety na trasie liczbami 12:08.

D jak dojazd - Dojazd na Bieg Rzeźnika był dla mnie mistrzostwem świata w stylu kombinowanym. Cztery dni przed biegiem okazało się, że nie mam z kim zostawić dzieci, które jeszcze są za małe, aby dały sobie radę same przez 2-3 dni, a których nie było sensu zabierać ze sobą. Wracałam rowerem z pracy do domu cała we łzach. Zupełnie nie wiedziałam jak powiadomić Konrada o tym, że nie jadę. Jechałam, a łzy mi ciurkiem lały się po policzkach i dalej po szyi, dekolcie. Jechałam i kilkakroć o mało nie wpadłam na ludzi, kilkakroć o mało nie wpadłam pod auto. W końcu przestałam płakać i zaczęłam kombinować. Z tego wszystkiego wyszło tak, że w środę po pracy zabrałam dzieci ze szkoły, spakowałam się i ruszyłam z nimi w podróż 400 km do dziadków, aby tam przespać się chwilę (około 4 godzin) i we czwartek wcześnie rano ruszyć do Nowego Sącza, skąd w Bieszczady zabrali mnie swoim autem Aneta i Dominik Ząbczyńscy. Mój dojazd to ponad 700 km i 11 godzin spędzonych w samochodzie. Ale udało się. Dotarłam na miejsce.

E jak endorfiny - Pierwsze godziny biegu spędziliśmy w lesie, więc wokół widzieliśmy tylko drzewa i przebijające się przez liście rażące oczy promienie słońca. Pięknie i tajemniczo było przy Jeziorkach Duszatyńskich i chciało się tam przemykać "na palcach", aby nie rozgniewać tamtejszych duchów, które z pewnością lubią poigrać z ludzkimi słabościami. Ale widok z pierwszej malutkiej połoninki w okolicy Małego Jasła wywołał u mnie niepohamowany okrzyk radości. Endorfiny chlasnęły mnie po mózgu i poczułam się bardzo uwznioślona - tak cudne krajobrazy malowały się po drodze, że czułam się jak gdybym dostała skrzydeł, jak anioł z wizytą u Pana Boga. Było bosko.

F jak fanfary - Gdy staliśmy na starcie w Komańczy otuchy dodawali nam bębniarze wybijający gorący rytm, który pobudzał krew do szybszego krążenia. Podobne fanfary czekały na Rzeźników na mecie. Ponieważ spędziłam tam dużo czasu, więc i ja miałam okazję bębnić niektórym przybywającym do celu. Bębny grały też podczas dekoracji. I to było znacznie lepsze niż wyświechtane "We are the champions".

fot. Konrad Różycki

G jak GOPR - Podczas Biegu Rzeźnika cały czas nad bezpieczeństwem uczestników czuwało Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Strażników GOPR-u spotkaliśmy tylko w okolicy Okrąglika, gdzie pilnowali, abyśmy biegli po właściwej stronie granicy polsko-słowackiej. GOPRowcy interweniowali tylko raz, gdy jeden z uczestników zasłabł na trasie.

H jak hard-core - Gdy wdrapaliśmy się na Połoninę Wetlińską Konrad pokazał mi szczyty w oddali i powiedział, że będziemy tam za jakieś dwie, dwie i pół godziny, bo to jest Połonina Caryńska. Trudno mi było uwierzyć, bo skupiałam się na myśleniu odcinkowym. Dla mnie ważne było dojście do przepaku - to była za każdym razem moja meta. Dopiero potem myślałam o tym co będzie dalej.

fot. Konrad Różycki

A dalej za Caryńską Konrad pokazał Tarnicę - cholernie daleko. Ale patrzyłam z nadzieję. Konrad mówił, że pogoda nieodpowiednia na hard-core'a - za duży upał. A ja milczałam. Nie chciałam mu powiedzieć, że JEŚLI dojdę do mety, to dodatkowych ponad 20 kilometrów drogi przez Tarniczkę, Halicz, Rozsypaniec do Wołosatego rozważam. Gdy po tych dwóch czy dwóch i pół godzinie biegliśmy po Caryńskiej Konrad znów pokazał Tarnicę (wciąż była daleko, ale jakoś znacznie bliżej niż poprzednio), jakby chciał mnie podrażnić. I znów mówił o tym, że pogoda nieodpowiednia. A ja znów milczałam, choć szansa na dojście do mety była już bardzo prawdopodobna. Gdy w końcu metę osiągnęliśmy i udało się złapać kilka spokojniejszych oddechów i wypić kilka łyków zimnego piwa padło pytanie o hard-cora. Nie było mojego bagażu, a bardzo chciałam zmienić skarpetki, a nawet buty, bo moje stopy przypominały sznycel. Konrad spokojnie powtórzył to co mówił wcześniej o pogodzie oraz o stromym i długim podejściu. Odradzał mi, choć zadeklarował, że jeśli się zdecyduję, to pójdzie ze mną. Przekonał mnie. Nie muszę za pierwszym razem wszystkiego. Mam przynajmniej jakieś marzenia na przyszłość.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

I jak impreza - Impreza na zakończenie biegu to dekoracje wszystkich uczestników Biegu Rzeźnika, podczas których każdy zbierał zasłużone gratulacje, oklaski, a na pamiątkę dostał dyplom.

fot. DAR

Panowała iście rodzinna atmosfera. Podczas imprezy grały bębny, a dekoracje kilkakroć przerywały owacje na cześć wciąż zbiegających na metę Rzeźników. Ci ostatni mieli naprawdę niezłe entrée, bo wpadali wprost w objęcia nie tylko organizatorów, lecz także wszystkich zgromadzonych na uroczystości biegaczy. Trochę im zazdrościłam, bo gdy my dobiegaliśmy do mety, to nieliczni Rzeźnicy, którzy byli już na miejscu gratulowali nam oderwawszy się od swoich kiełbas. A niektórzy to dopiero wtedy, gdy wstali po drzemce albo wyszli spod prysznica. Może nie zawsze warto być pierwszym?

J jak jedzenie - Jedzenie jest paliwem. Jaka tu różnorodność panowała przed ultrabiegiem! Gdy przyjechałam do Woli Michowej był czas obiadu. Zamówiłam sobie żurek z jajkiem oraz podwójną porcję ziemniaków. I piwo. Dosiadłam się do Jarka Kostrzewskiego, który także jadł żurek oraz porcję placków węgierskich. Podczas posiłku Jarek opowiadał przerażające (mnie) historie o tym ile już zjadł i ile jeszcze zamierza. Potem dosiadłam się do braci Celińskich, którzy po swoim rozruchu zasiedli do konsumpcji, na którą składał się makaron zalany różowym kisielem i miseczka płatków muesli z wodą. Koledzy Maniacy z Poznania, którzy nocowali w naszym pokoju spożywali flaczki. Wieczorem uczestnicy biegu byli zaproszeni na pasta-party i tutaj danie było tradycyjne - lekko rozgotowany makaron polany sosem zawierającym kawałki mielonego mięsa i koncentrat pomidorowy. Niezbyt wykwintne, ale smaczne. Przyuważyłam, że jedna osoba nie jadła sosu, a makaron polała sobie majonezem (był to jeden z organizatorów - ufff...). Specjalne zamówienie na wieczorne danie mieli Darek Rosa i Rafał Sieradzki - był to makaron typu spaghetti polany oliwą z oliwek (oczywiście ekstra "dziewiczą"), a do tego cztery ugotowane jajka. Nasyceni makaronową ucztą wraz z Konradem rozpoczęliśmy nasze Bezpośrednie Przygotowanie do Biegu Rzeźnika, czyli sporządzenie napoju izotonicznego, który w ilości po 1,5 litra włożyliśmy do każdego z worków na przepaki oraz zatankowaliśmy naszego 2,5-litrowego camel-back'a. Dodatkowo wrzuciliśmy jeszcze inne drobiazgi jak buty, koszulki, skarpetki, okulary przeciwsłoneczne, czapkę z daszkiem, batoniki i kanapki. Przygotowaliśmy ubranka i poprzypinaliśmy numery startowe. Potem odprawa, kąpiel i drzemka. Po przebudzeniu wypiłam słodką herbatę, którą przygotowałam sobie wcześniej w termosie i jeszcze na leżąco zjadłam banana. Posiłek poranny ("Jakie rano?" Konrad kilkakrotnie upominał mnie, że o godz. 2 to jeszcze nie jest rano. "To jest środek nocy!") jadłam w autobusie: bułka z serem feta popijana piwem Karmi. Nie byłam głodna, a wpychałam w siebie jedynie z rozsądku. Wiedziałam, że paliwo musi być. Na pierwszym przepaku na przełęczy Żebrak opiłam się napojami izotonicznymi i wodą, zjadłam banana i dalej, już w drodze, zjadłam jeszcze wafelka.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

Na drugim przepaku w Cisnej organizatorzy częstowali batonikami, ale ja miałam swój, więc tylko napiłam się, umyłam i przebrałam koszulkę. Na najdłuższym odcinku trasy poza batonem zaaplikowałam sobie także żel energetyczny i biegłam myśląc o wspaniałym "obiedzie", który mnie czeka na następnym postoju. Próbowałam sobie cały czas wmówić, że na pewno przybiegnę tam cholernie głodna, ale tak oczywiście nie było, bo zwykle w czasie i po wysiłku głodu nie odczuwam. Ale jednak wizja nagrody działała.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

W Smreku były przygotowane przez organizatorów bułki z dżemem lub szynką. Znów wpychałam swoją "nagrodę", czyli bułką z fetą oraz sok wielowarzywny, ale wychodząc z punktu jednak zdecydowałam się zabrać na drogę jeszcze bułkę z szynką. Konrad też jadł swoją bułę, a na drogę pobrał tę z dżemem. I tu zaczął się mój kryzys objawiający się trzęsieniem rąk. Prosty asfalt lekko w dół, a ja ledwie ciągnęłam. Zjadłam sporo, ale za mało cukru, tego najprostszego, cała moja energia poszła na trawienie "obiadu" i do kręcenia nogami już jej zabrakło, więc szybko dopchałam się jeszcze wafelkiem znalezionym w czeluściach kurtki. Jakoś mi przeszło. Na Połoninie Wetlińskiej zabrakło nam napoju w plecaczku, na szczęście było to blisko Chatki Puchatka, gdzie udało się Konradowi bez stania w przerażająco długiej kolejce dotankować nas wodą mineralną. Jakie szczęście, że miał przy sobie pieniądze, bo ja-gapa biegłam tylko z telefonem komórkowym. Na ostatnim przepaku paliwem był banan i napój energetyczny, a do mety pchała mnie myśl o zimnym piwie. Jak ono tam smakowało! Do tego jeszcze posiłek regeneracyjny w postaci kiełbaski i kaszanki z grilla po dobrze wykonanej robocie. Więcej nie byłam w stanie w siebie wciskać, a mój podziw wzbudzały kolejne porcje naleśników i pierogów zamawianych przez innych Rzeźników. Ja mój głód odczułam dopiero po 2-3 dniach.

K jak kamienie - Bieg Rzeźnika to taka "dyscyplina sportu", w której nie tylko chodzi o bieganie oraz podchodzenie pod górę i zbieganie. Tu się także kopie. Z braku piłki, a nadmiaru kamieni na ścieżkach kopie się właśnie w kawałki skał. I tu konkurencja jest dziwna, bo nie chodzi o to, aby trafić do celu, nie chodzi o to, aby "jak najdalej", ani "jak najwięcej". Wygrywa ten, kto kopnie jak najmniej, komu uda się zrobić jak najwięcej uników. Nie wiem ile kopnięć zaliczyłam w tym biegu. Sądzę, że setki. Dziękuję moim butom, że spisały się tak dzielnie i nie rozwaliły zmuszając mnie tym samym do poddania się. Kamienie występują nie tylko w postaci luźnej. O wiele gorsze i bardziej niebezpieczne są te przymocowane do podłoża. Zbiegi po kamiennych schodach wymuszały na mnie pokonywanie trasy bokiem lub tyłem.

fot. Konrad Różycki

Skały wbite pionowo są niebezpiecznie jak cholera. Sama nie wiem, jak pokonywałam odcinki, które były nimi najeżone. A jeden kamień, ten szczególny, zapamiętam do końca życia. Nie zostało do mety więcej niż parę minut. Ostry zbieg na resztkach sił z przeraźliwym bólem mięśni czworogłowych oraz bólem palców zmiażdżonych w bucie i "ukamieniowanych", które skatowane zbiegami ryczały o litość. I wtedy na mojej drodze pojawił się ON. Uderzyłam w niego lewą stopą w momencie odrywania palców od podłoża. Zahaczyłam o NIEGO nasadą paznokcia lewego palucha. Tam, gdzie w bucie kończy się zabezpieczenie i jest zwykła, miękka siateczka. Zawyłam i stanęłam. "No to koniec" pomyślałam, ale z ust pewnie wydobyło się coś bardziej wulgarnego. Przyćmiło mi umysł. Ruszyłam dalej, siłą ciężkości nadal spadałam w dół i przy każdym kroku czułam w bucie piekło. Zwolniłam. Konrad po raz pierwszy podczas całej tej wędrówki zaczął mnie ponaglać mówiąc, że meta jest już tuż. "Konrad, zobacz, nikogo nie ma przed nami, nikogo za nami. Zwolnijmy, bo i tak ani nikogo nie przegonimy, ani nikt nas. Nasza pozycja jest już ustalona." Na to mój partner: "Boli tak samo, gdy biegniesz wolno, jak wtedy, gdy szybko. Lepiej, żeby bolało krócej." Trudno było odmówić mu racji. Znów zbiegałam. I syczałam. I jęczałam. "Tylko ostrożnie!" dodał Konrad. Nie wiem po co, bo wówczas byłam gotowa nawet rzucić się w przepaść, byle być szybciej u celu.

L jak listopad, a w zasadzie w pierwsza połowa listopada, a tak dokładnie to 11 listopada 2006 roku - Od tego się właściwie zaczęło. Byłam kilka dni po udanym debiucie w Ultramaratonie Calisia, gdzie nikt, łącznie ze mną, nie spodziewał się, że jestem w stanie przebiec 100 km. Na imprezie z okazji 4-tych urodzin SBBP.PL dostałam niezwykłą i zupełnie mnie zaskakującą propozycję od Konrada Różyckiego, aby wspólnie przebiec najbliższego Rzeźnika jako drużyna. Konrad jest dużo mocniejszy ode mnie, przebiegł w 2006 roku Rzeźnika z wersją hard-core, więc zupełnie nie rozumiałam, dlaczego to właśnie mnie ten zaszczyt kopnął. Ale nie odmówiłam. Do czerwca jeszcze dużo czasu.

Ł jak łydki łaskotane łopianem - Najcudniejszy chyba odcinek drogi to ten pomiędzy Jasłem a Fereczatą. Tam ścieżka prowadzi wśród wielkich do pasa łopianów. Ich liście czule smagały nagie łydki. Czasami zdarzały się wśród nich pokrzywy.

M jak medale - Medal jest nagrodą i pamiątką z uczestnictwa w biegu. Wszystkie posiadane przeze mnie medale są solidne, metalowe. Te na Biegu Rzeźnika są inne, bo zrobione z gliny. Zupełnie jak ludzie. Najpierw glina jest miękka, poddaje się ugniataniu, odciskaniu wzoru i napisu, łatwo można w niej zrobić dziurki, przed które przewleczony zostanie sznurek, dzięki któremu udaje się go zawiesić na szyi. A potem tę miękką i elastyczną masę wkłada się do pieca i wypala w wysokiej temperaturze. Czasami źle wyrobiona glina, zawierająca pęcherzyk powietrza pęka i zostają same skorupy, ale te medale, które przetrwają wyjmuje się twarde i szorstkie. Ukształtowane.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

N jak nocleg - Nocleg w Latarni Wagabundy był z góry skazany na niepowodzenie. Po sutym daniu na pasta-party ponownie położyłam się, ale tym razem nie na trawnik, lecz do łóżka w czteroosobowym pokoju nr 4, który dzieliłam z Konradem oraz Damianem i Pawłem. Udało mi się przysnąć na kilkanaście minut podczas odprawy, która odbywała się na zewnątrz budynku, bo to był jedyny moment, gdy w Latarni przestało być gwarno jak w ulu. Miałam krótki sen: jakiś pojazd (pociąg? samochód?) na mnie najechał, więc obudziłam się przestraszona i poczłapałam "do ludzi" przy okazji zobaczyć jaki tłum zebrał się na trawniku przed Latarnią. Konrad krótko zdał relację z odprawy, po czym stwierdziliśmy, że już czas na sen właściwy. Mnie wciąż rozpraszały odgłosy dochodzące z korytarza, a potem jakieś regularne co 8 sekund stukanie w kaloryferze, ale najważniejsze było to, że mogłam poleżeć z nogami powyżej głowy i rozluźnić się maksymalnie. Mózg nie musi odpocząć, ale ciało powinno. Przed godziną drugą rozdzwoniły się budziki, ale ja wstałam na nogi dopiero wtedy, gdy zadzwonił mój, nastawiony dokładnie na godz. 2.00. Podczas smarowania się kremami z filtrem i ubierania się jeden z kolegów wypłoszył nas z pokoju zapachem maści rozgrzewającej. Gdy wyszliśmy z budynku na zewnątrz panowała ciemność jak w smole i jedynie jakieś odblaski z oddali kierowały nas do autokarów.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

Gdy jechaliśmy z daleka widzieliśmy grzbiety gór, na które mieliśmy się niedługo potem wdrapywać. Widać było księżyc, a niebo coraz bardziej zmieniało się z czarnego na granatowy. Noc dobiegała końca.

O jak opuchlizna - Podczas biegu zauważyłam, że mam dłonie jak balony. Często mi się zdarzały takie opuchlizny, gdy chodziłam po górach. Do tego jeszcze jakąś taka delikatna jakby pokrzywka się pojawiła - może to od słońca. Starałam się trzymać ręce wyżej, ale wciąż spadały na dół. Głupstwo. Można wytrzymać. Nazajutrz po biegu spojrzałam na stopy. Teraz to one były opuchnięte. Mój masażysta powiedział, że mam stopy jak hobbit. Może to i śmieszne, ale ja nie mogłam założyć żadnych butów. Żadnych. Nawet sandałów. Polegiwałam ze stopami powyżej głowy, smarowałam żelami przeciw opuchliźnie. Trwało to trzy dni. Na koniec z paluchów odpadły paznokcie.

P jak partner - W Biegu Rzeźnika ze względów bezpieczeństwa startuje się parami. Dobór odpowiedniego partnera jest najważniejszą rzeczą i od tego należy zacząć. Ja miałam ten komfort, że to nie ja wybierałam, lecz zostałam wybraną. Mój partner albo nie wiedział albo nie było to dla niego istotne, że ja mam tendencje przywódcze, lubię decydować, kierować, a przy tym jestem uparta i z trudem przychodzi mi przyznanie się do błędów. Wobec Konrada byłam uległa, bo przerażenie wobec nieznanego było zbyt silne. Wiedziałam, że moim jedynym ratunkiem jest trzymać się go kurczowo, gdyż to on ma doświadczenie i wiedzę na temat tego, co nas czeka po drodze, bo to on będzie stawał na starcie po raz trzeci, mając dodatkowo za sobą extra odcinek hard-core'a. Zaufałam mu w pełni mając nadzieję, że wie co robi, godząc się na tę wyprawę ze mną. Na trasie mój wspaniały partner troszczył się o nas obydwoje. To on odciążył mnie całkowicie z niezbędnych przedmiotów, czyli przede wszystkim najcięższych i najbardziej na trasie potrzebnych (szczególnie w ten upał) napojów. Ja nie miałam ze sobą nawet zegarka. Całą trasę przebyliśmy dokładnie obok siebie.

fot. Konrad Różycki

Konrad jako mocniejszy w drużynie zrezygnował z ambicji pokonywania trasy na miarę swoich możliwości i oddał całkowicie do mojej dyspozycji swoje "nadwyżki" dodatkowo wspierając mnie cały czas psychicznie dobrym słowem. Kiedy mówiłam "Mam kryzys" lub "Jestem zmęczona" odpowiadał po prostu "Masz prawo być zmęczona" i to jego zrozumienie wystarczyło do tego, aby się nie poddawać i mimo pewnych okresowych trudności iść, biec, posuwać się dalej. Na trasie widziałam, że największą radość sprawiało Konradowi robienie mi przyjemności. Od Cisnej podejrzewaliśmy, a od Okrąglika (cudowni GOPRowcy) wiedzieliśmy już na pewno, że przede mną nie ma żadnej Rzeźniczki. Tak więc Konrad co jakiś czas mijającym nas turystom zorientowanym w tym, że odbywa się Bieg Rzeźnika wykrzykiwał informacje o tym, że właśnie biegnie pierwsza kobieta - wtedy doping był jeszcze solidniejszy. Dla niego to musiała być frajda niesamowita, bo co prawda u mnie powodowało to nieśmiałe wbijanie wzroku w podłoże, ale nogi kręciły się szybciej. I tak jak dla Roberta najlepszym na świecie partnerem jest jego brat Aleks, tak dla mnie najlepszym bratem, którego nigdy nie miałam, a zawsze marzyłam, jest mój rzeźnicki partner Konrad.

R jak rodzina - Zapewne nikt niewtajemniczony nie nazwałby Rzeźnika "imprezą rodzinną". Błąd. To jest impreza jak najbardziej rodzinna. Nie tylko dlatego, że organizują ją bracia Bienieccy oraz małżeństwo Ząbczyńscy, nie tylko dlatego, że wśród startujących w IV Biegu Rzeźnika drużyn byli słynni bracia Celińscy ("Byledobiec Anin") oraz małżeństwa starsze jak Lasotów ("Dziadek i Babcia") i zupełnie świeżutkie jak Piotrowscy ("ENTRE.PL Team II"). Sądząc z listy startowej i powtarzających się nazwisk, rodzin było więcej. Rodziny wspierały zawodników i kibicowały na przepakach, rodziny bębniły, rodziny relacjonowały wydarzenie w Internecie. Moja rodzina też była ze mną - w mojej głowie. Biegłam bez zegarka, więc co jakiś czas pytałam Konrada, która godzina. Było po piątej, po szóstej, przed siódmą, przed ósmą? W końcu doczekałam się - było po ósmej. Ja miałam już ponad trzydzieści kilometrów za sobą, ale nareszcie mogłam głośno oznajmić Bieszczadom i mojemu partnerowi "Moje dzieci pewnie już wstały i jedzą śniadanie." To taki ważny moment, bo rozpoczyna się Ich dzień. Już teraz biegnąc i wspinając się pod górę nie myślałam o ich niewinnych, błogo zaspanych twarzyczkach, lecz o figlarnym uśmiechu i łobuzerskiej minie. Moje dzieci były wciąż przy mnie, a ja przy nich.

S jak skrzydła - Na ostatnim przepaku dostałam od organizatorów napój reklamowany hasłem, według którego powinnam dostać skrzydeł. Nie lubię go, piłam wcześniej może raz w życiu, ale skrzydła na ostatnim odcinku bardzo by mi się przydały - mogłabym nawet wypić tran albo zjeść karpia, którego nie znoszę, byle tylko zadziałało. Wspinałam się pod górę, popijałam, wspinałam się, wspinałam, powoli, powolutku, najpierw w cieniu lasu, potem znów na odkrytej przestrzeni w upale, a skrzydeł nie było i nie było. Dopiero jak już byłam na samym szczycie, to skrzydła wyrosły. Jak cudownie było patrzeć wokoło na wszystko co jest poniżej i biec, biec, biec? frunąć!

fot. Konrad Różycki

T jak trasa - Trasa Biegu Rzeźnika wiedzie czerwonym szlakiem beskidzkim z Komańczy do Ustrzyków Górnych. Przed biegiem sporo nasiedziałam się nad mapą analizując poszczególne jej fragmenty. Jej długość wynosi ok. 76 km, a suma przewyższeń 3.500 m. Uważa się, ze jest to trasa trudna. Rzeczywiście, daje w kość. Ale jest też przepiękna i dlatego nie warto o niej pisać. Warto ją zobaczyć na własne oczy.

U jak upał - Prognozy pogody przed biegiem nie dawały żadnych złudzeń. Miał być upał i był upał. Trzydzieści stopni. Nie od razu. Rano ("Jakie rano?" znów wtrąca Konrad), czyli na starcie było tak, że poza koszulką warto było mieć na sobie długi rękaw. Ale potem od razu trzeba się rozbierać. Pierwsze dwa odcinki były prawie całkowicie w lesie, gdzie panował lekki chłodek i cień, ale potem na otwartych przestrzeniach żar z nieba lał się równo. A z nas pot. Trzeba było chronić głowę jakimś nakryciem, a odkrytą skórę kremami z filtrem. Podczas upału pije się więcej. Nasz izotonik trzeba było nieco rozcieńczać.

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

W jak wyciąg narciarski - Zbiegi to jest coś co uwielbiam. Na Biegu Rzeźnika można jednak zbiegi znienawidzić. Na początku bardzo mi się podobało, że tak fajnie w dół i w dół. Zbiegi kojarzyły się z przepakami, które je wieńczyły. Zbiegi były bardzo strome i momentami niebezpieczne. Ale to co nas spotkało tuż przed Cisną, bo już nie był zbieg, to było po prostu świństwo, przegięcie. Pod naszymi nogami nagle pojawił się stromy, obrośnięty śliską zroszoną trawą odcinek wyciągu narciarskiego. Nie wiadomo, czy biec, czy turlać się, czy może zjeżdżać na tyłku. Aaaaaaaaaaaaa!!!!!

fot. Grzegorz Grabowski "Wasyl"

Z jak zet - Zet, czyli mistrz Zbyszek Zawadzak to już legenda tego biegu. Podczas II Biegu Rzeźnika był pierwszą osobą na mecie, ale ze względu na drużynowy charakter biegu, liczył się czas jego partnera, którego wyprzedził inny zespół. Przy okazji warto przypomnieć, że wówczas Zbyszek pomylił trasę i z Okrąglika zbiegł czerwonym szlakiem na dół, ale na Słowację. Rok później udało mu się pospołu z Krzysiem Protasem osiągnąć metę i zdobyć pierwsze miejsce na mecie "łamiąc" jednocześnie magiczną granicę 10 godzin. Tym razem Krzyś nie mógł jechać, więc Zbyszek startował z klubowym kolegą Jarkiem Kostrzewskim. We czwartek podczas luźnych pogaduszek o kontuzjach (a niby o czym biegacze mają rozmawiać?) Zbyszek skarżył się na swoją prawą nogę, która dopiero po kilku minutach po przebudzeniu i rozruszaniu nadaje się do chodzenia. "To strasznego masz pecha, bo zawsze wstajesz lewą nogą!" - stwierdziłam. Zet nie zaprzeczył. Nazajutrz, gdy wspinaliśmy się na Chryszczatą poczułam lekkie dotknięcie na prawym ramieniu. To Zbyszek pozdrawiał mnie mijając z Jarkiem jak pershingi pod górę. Zdziwiliśmy się - skąd oni tutaj, skoro powinni być już na Przełęczy Żebrak. Okazało się, że pogubili szlak i stracili około 20 minut drogi. A za nimi poszło kilka drużyn z czołówki. Straszny pech. Zet jest ostatnią literą alfabetu

zdjęcia tekst: Basia Muzyka
 
^ © 2005-2017 Konroz & Barozyck ^